Ci ludzie

Dzień pierwszy - Turcja Z samego rana udało nam się dotrzeć na lotnisko, skąd charterem tureckich lini lotniczych SunExpress mamy odlezieć do Antalii. Towarzyszy nam mały dreszczyk emocji. Zawsze się może okazać, że nasze biuro podróży zwinęło manatki i zamiast umowy zostanie nam w rękach bezwartościowy papier. W hali przylotów na samym środeczku czeka dość pokaźna grupa osób. Ich bagaże, ubiór, styl wskazują raczej na wczasowiczów niż na pasażerów lini rejsowych. Nigdzie nie widać stanowiska Jet Tourist. Kilka rundek dookoła hali i po antresoli i na jednym ze stanowisk zawisła karteczka z długo wyczekiwaną nazwą. Momentalnie pojawia się dość długi ogonek. Po chwili mamy w ręku bilety. Teraz tylko odprawa i w drogę. Nasz spokój zmąciłą jednak informacja, że nie wolno w bagażu przewozić butli ani żadnych pojemników ze sprężonym gazem. Tak się skłąda, że w naszym plecaku jest nabój Camping Gaz wypełniony propanem-butanem. No nic, ryzykujemy. Może się uda. Podchodzimy do odprawy. Bez zmróżenia oka kładę plecak na taśmę. Odbieramy kartę pokłądową. Samolot leci z Katowic, więc nie ma już dobrych miejsc. Dostajemy miejsca w 2 rzędzie przy korytarzu. To już lepiej niz na środku. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało, ale nie uprzedzajmy faktów. Idziemy do kontroli paszortowej nasłuchując, czy przez megafony nie wzywają nas do kontroli bagażu :). Mija chwila i już jeszteśmy w strefie wolnocłowej. Siadamy w Coffie Haven, ale każdy komunikat wmaga naszą czujność. W międzyczasie Ula dostrzega Weronikę Pazurę, żonę Cezarego. Nawet nie wiedziałęm, iż gra ona w jakiejś mydlanej operze. Dopijamy naszą kawę po czym idziemy do bramki i czekając na samolot łypiemy oczami po współpasżerach. Dominują ludzie przeciętni. Gdzie niegdzie widać lekkie zagubienie na twarzach tych, którzy o raz pierwszy w życiu lecą samolotem. Wśród pasażerów jest kilka słodziutkich idiotek, kilku kurduplowatych facetów bez szyi o sylwetce PZPRowskiego sekretarza z prowincjonalnego powiatu, kilka matron z niewiarygodnie wysuszonymi blond pudelkami zamiast wlosów. Siedzimy tak i nadal nie słyszymy komunikatu dot. naszego bagażu. Coraz bardziej wierzę, że uda mi się przemycić ten nabój z gazem. Wreszcie otwierają się bramki. Przechodzimy rękawem do autobusu i jedziemy w stronę samolotu. Zza pleców dochodzi nas niesamowicie piskiliwy kobiecy głos mówiący z wyrzutem "Co mnie oszukujesz, tu nie ma kasownika, więc co mi każesz skasować bilet". :) To młode małżeństwo, które pytało nas wcześniej o bramkę. Dojeżzamy do Boeninga 747-800. Otwarte są oba wejścia, na przodzie i ogonie. Wchodzimy dośrodka po trapie. Na pokładzie wita nas stewardesa o orientalnej urodzie. "Dzień Dobry" brzmi w jej ustach niespotykanie egzotycznie. Siadamy w 2-gim rzędzie. Za nami przewala się cały tłum wczasowiczów. Jeszcze tylko 10 minut do odlotu. Mam chytryplan, by przesiąść się na przód, gdzie w pierwszym rzędzie są wolne miejsca. Nagle w drzwiach wejściowych pojawia się Weronika Pazura. Ula poinformowała mnie, że to właśnie ta, którą mijaliśmy w strefie wolnocłowej. Chwilę później zjawia się Cezary. Siada centralnie przed Ulą. Za chwilę okaże się, że ta atrakcja ma też swoje złe strony, ale o tym za chwilę. Po krótkiej krzątaninie startujemy. Stewardesy SunExpress podchodzą do kwestii instruktarzu o zasadach bezpieczeństwa dość po macoszemu. Po prostu puszczają film i nie odrywają się od swoich zajęć. Ludzie na pokładzie również. :) Po nabraniu wysokości przelotowej czas na poczęstunek. Jak to wcześniej przerabiałem w Australii przy odprawie zabiorą Ci pilnik do paznokci, ale w zamian na pokładzie do posiłku dostaniesz metalowy nóż :) Podczas rozdawania posiłków po raz pierwszy dają znać o sobie Państwo Pazurowie, nomen omen podróżujący z rodzicami Czarka i mamą Weroniki. Krótkie spięcie wywołane jest własnym alkoholem Weroniki, którego picia na pokładzie zabraniają stewardesy. Śniadanie na pokładzie SunExpress to 2 miniaturowe bułeczki, 2 plasterki wędliny i sałatka. Jak już wszyscy się najedli i napili zaczęła się nasza mała gehenna. Ktoś "wycził", że przed nami siedzą Pazurowie. No to zaczęły się kolejki do kibelka. I to o dziwo tylko do naszego, bo ten na ogonie samolotu nie ma takiego powodzenia. Wszystkie 12 letnie fanki seriali oraz babcie typu "naftalinka" kotłują się tuż nad naszymi głowami. Przed oczami co rusz jawi mi się jakaś tłusta dupa. Raz po razie dostaję z łokcia w głowę. Zapach tanich perfum zmieszany z wonią naftaliny (a może już trupa ?) wzbudza mdłości. Na szczęście lot trwa tylko 2,5 godziny. Tuż przed lądowaniem kolejka rozłądowała się gdyż wpadamy w turbulencje a to wymusza powrót na fotele. Samolotem kilka razy rzuca i co wraźliwsi odczuwają zmiany ciśnienia. Samo lądowanie przebiega bez niespodzianek. Przyziemienie łagodne prawie nie odczuwalne. To co nastąpiło później wprawiło mnie w osłupienie. Pasażerowie gremialnie zaczynają bić brawo !!! Samolot kołu je po płycie lotniska. Mały rozgardiasz w środku i po chwili uderza nas 35 stopniowy upał. Szybciutko przechodzimy do autobusu, który wiezie nas do klimatyzowanego hallu lotniska. Szybciutko udajemy się do kiosku z wizami. Kładziemy na stół 20 USD i wklejają nam w paszport znaczek pocztowy :) Jeszcze tylko odprawa paszportowa i już przechodzimy do hali przylotów. Chwila niepewności co z naszym plecakiem. Jest, dotarł nie aresztowano go za przemyt:) Zdejmujemy do z taśmy i wychodzimy przed dworzec. Dotarliśmy do Antalii. Gęsty tłum kręci się w różne strony. Wszyscy szukają autobusów z nazwami swoich kurortów lub pilotów biur podróży. My udajemy się na postój taxi. Turcy krzyczą coś bez opamiętania. Ktoś łapie nas i zaciąga do taksówki. Nasz kierowca nie mówi ani słowa po angielsku. Mam nadzieje, że dowiezie nas do dworca autobusowego. Udaje się. Płacimy 20 USD, to chyba najdroższa taryfa jaką przyjdzie nam płacić podczas całej naszej wyprawy. Wchodzimy na dworzec. Nie mogę wyjść z podziwu, że to Polska a nie Turcja jest w Uni Europejskiej. Mijamy bramkę do wykrywania metalu. Oboje dzwonimy jak szaleni. Pytamy się przygodnie napotkanej strażniczki gdzie można kupić bilety do Syrii. Wskazuje nam punkt informacji. Sam dworzec wygląda bardzo ładnie. Na środku marmurowego hallu tryska na wysokość 2 metrów fontanna. Środkiem prostokątnego pomiesczenia ciągną się stoiska poszczególnych biur podróży. Chodzimy ze dwa razy dookoła i w końcu znajdujemy biuro w którym kupujemy bilety do Aleppo, drugiego co do wielkości miata w Syrii. Płacimy po 25 USD za bilet na odległość około 1 000 Km. Wymieniamy też trochę dolarów na Tureckie liry. Plik banknotów z ogronmą ilością zer wprawia nas w zakłopotanie. Mamy problem z szybkim policzneiem zer na banknotach. Nie wiemy, czy płacimy np. 500000 czy 5000000. W oczekiwaniu na autokar udajemy się na małe co nieco. Trafiamy do baru dworcowego. Czysto schludnie, obrusy na stołach. Żadna, ale to żadna restauracja dworcowa w PL nie mogłaby nawet pomarzyć o takim standardzie. Knajpę dworcową w Antalii od polskich dworcowych fast foodow dzielą lata świetlne. Sam budynek dworca również. Poza wspomniana fontanną w bocznym skrzydle jest pieknie urządzone atrium. Bajecznie zielona rozślinność nadaje temu miejscu zupełnie inny wymiar. Oczekiwanie na autokar na ławeczce wśród wysokopiennej zieleni nie męczy w ogóle. W międzyczasie udało nam się wypatrzeć i-net cafe. Wchodzimy na godzinkę. Rozmawiamy ze znajomymi, dzielimy się pierwszymi wrażeniami. Nad komputerami wyraźny napis w j. angielskim, że oglądanie pornografi jest surowo zabronione :) Cztery godziny dzielące nas od odjazdu mijają niepostrzeżenie. Udajemy się na stanowisko, gdzie już stoi nasz autokar. Piękny nowoczesny wysokopokładowy autobus jakie jeżdżą na międzynarodowych trasach. Kładziemy plecak do bagażnika i wygodnie rozsiadamy się w klimatyzowanym wnętrzu na przestronnych lotniczych fotelach. Zaczynamy drugi etap naszej podróży. Ale o tym w następnym odcinku.... harom 2004-09-18 00:02:44 skomentuj (0) Z Turcji dalej na wschód Zmęczeni, pełni niepewności co czeka nas w Syrii siedzimy w wygodnych lotniczych fotelach klimatyzowanego autobusu. Obsadę oprócz dwóch kierowców stanowi 2 stewardów. Cała czwórka ubrania w nieskazitelnie białe koszule i czarne spodnie. Całości dopełniają wypucowane na glanc czarne półbuty. Za oknami powoli przesuwają się obrazy Antalii. Ulice bez chodników, pełno kurzu. Mijamy po drodze sklepy z egzotycznymi nazwami, jak i dobrze znane nam marki, jak choćby BP. Kierowca nie żałuje klaksonu. Obtrąbia chyba każdy napotkany pojazd. Tuż obok nas przemykają pojazdy z różnej epoki. Od luksusowych mercedesów po rozpadające się ciężarówki, które mkną chyba tylko siłą woli. Nagle przy naszym oknie ukazuje się głowa osła, a tuż obok jego zad. Ki czort ?!? I to na wysokości wysokopokałdowego autobusu ? Przyglądamy się dokładniej i zagadka już się wyjaśnia. Właśnie mija nas ciężarówka nieokreślonej marki i wieku mniej więcej mojej jedynej żyjącej babci, na pace której podróżują dwa osły, przy czym jeden ustawiony przodem do kierunku jazdy a drugi na odwrót. Nasz autobus co kilka kilometrów zatrzymuje się przy poboczu by zabrać od kogoś jakąś paczkę. Powoli zaczyna to się robić nudne. Ileż można. Taka rwana jazda nie jest żadną frajdą. Wyjeżdżamy z miasta. Brudne, szare budynki ustępują miejsca plantacjom, wzdłuż których kilometrami ciągną się nawadniające akwedukty. Powoli zapada zmierzch. Niebo staje się najpierw lekko różowe, po czym czerwienieje. Mija jeszcze pół godziny i na horyzont wkradają się już ciemności. Za oknem nie widać już nic. Od czasu do czasu zajeżdżamy na małe dworce autobusowe. Mimo późnej pory wszędzie ruch jak w ulu. Dworce są małe, ale czyste i dobrze utrzymane. Lekko pomarańczowe oświetlenie lamp rtęciowych odbija się w wypolerowanych powierzchniach peronów i chodników. Niewielkie palmy rosnące na trawnikach rzucają migotliwe cienie. Takich miasteczek mijamy kilka. Kiedy wydaje się, że już zabraliśmy wszystkich pasażerów ze wszystkich okolicznych miast, miasteczek i przedmieści steward roznosi po autobusie plastikowe kubki oraz małe pakuneczki. Dociera wreszcie do nas. „Tea or coffie” pyta łamaną angielszczyzną. Wybieramy na przemian. Ula herbatę, ja kawę. Dostajemy ładnie zapakowane zawiniątka z kawą (herbatą), torebeczką cukru, śmietanką w proszku oraz łyżeczką no i kubeczek do kompletu oczywiście. Za chwilę steward przybiega z całym termosem gorącej wody i …. ciasteczkiem. Rozkoszujemy się ciepłym piciem po roztrząsamy jak będzie gdy skończy się cywilizacja czyli za Turecką granicą. Mija chwila. Cały plastikowy śmietniczek został zebrany. Steward przemieszcza się od przodu autobusu z plastikową butelką w dłoniach. Bacznie obserwujemy ten rytuał. Podchodzi do pasażerów, oni wyciągają ku niemu ręce. Nalewa nieco płynu z butelki a oni go energicznie wcierają w twarz. Nadeszła nasza kolej. Postępujemy dokładnie tak samo. Na naszych dłoniach ląduje nieco chłodny płyn o zapachu zbliżonym do Amolu. Wcieramy go w buzie. Uczucie, jakie nas ogarnia jest fantastyczne. Nagle cała wyschnięta i zmęczona skóra na twarzy doznaje przecudownego uczucia świeżości. Tak jakby za jednym pociągnięciem umyć się chłodnym miętowym balsamem i wetrzeć jakiś nawilżający krem. Wielokrotnie jeszcze w ciągu naszej podróży doświadczamy tego cudownego uczucia. Tym czasem wjechaliśmy w góry. Strasznie żałujemy, że za oknem panują nieprzeniknione ciemności. Kręta droga i pionowe skalne ściany oświetlane reflektorami autobusu rozbudzają wyobraźnię. Tym bardziej, gdy w dole widzimy światełka mijanych wiosek. Powoli zapadamy w sen. W ten sposób mija północ i budzimy się dopiero świcie. harom 2004-09-18 04:01:36 skomentuj (0) Syria tuż tuż. Brzask nadchodzi niespodziewanie. Ledwo zaczęło się rozwidniać i już za chwilę jest jasno. Za oknem krajobraz zupełnie inny niż ten o zmroku. Zamiast ogromnych nawodnionych plantacji wielkie suche połacie ziemi pokryte gdzie niegdzie saprofitami. Wszędzie dookoła setki porozrzucanych głazów, tak jakby rozsiane ręką giganta, który kroczył przez tą ziemię rozrzucając je jak rolnik ziarno. Mijane wioski i osady są na wpół zrujnowane dokładnie jak po przejściu tajfunu albo…… Właśnie sobie przypomnieliśmy, że dwa lata temu w tej okolicy było wielkie trzęsienie ziemi, które pochłonęło życie 15 000 ludzi. Skutki widać do dziś gołym okiem. I pewnie będzie jeszcze widać dłuższy czas. W takiej scenerii docieramy do Antaki, ostatniego miasta w Turcji przed granicą Syryjską. Tu zmuszeni jesteśmy opuścić nasz wygodny klimatyzowany autokar. Zostajemy odprowadzeni na stanowisko, na którym czeka nas syryjski autobus do Aleppo, znanego też jako Halab. Autobus, jakby to powiedzieć, już nie pierwszej młodości. Zakładając, że wszystkie stare zdezelowane autobusy trafiają z Niemiec do Turcji, ten musiał być już za stary nawet na Turcję. Na chwilę przed odjazdem jakiś przyjemniaczek zbiera wszystkie paszporty, po czym znika z nimi. Czekamy, czekamy, czekamy. Na szczęście wracają już przed odjazdem. Wsiadamy do środka. Standard jak w Autosanie jeżdżącym z wioski do wioski po powiatowych drogach w Polsce. Załogę stanowi dwóch kierowców, z których jeden ma chyba ze 16 lat oraz „kierownik wycieczki”, czyli Syryjczyk około 50-tki. Obok nas przeważają arabowie. Jest kilka kobiet zawiniętych w czadory. Małe zamieszanie, z którego nic nie rozumiemy i ruszamy. Wytaczamy się powoli brudnymi uliczkami miasta wprost na półpustynny krajobraz. W międzyczasie nasz steward dostarcza kwitki do wypełnienia. Ograniczamy się do wpisania imienia i nazwiska oraz numerów paszportów. Resztę zgrabnymi falującymi znakami wypełnia za nas obsługa autobusu. Siedzący obok nas arab widocznie uznał, że Ula jest niedożywiona, gdyż z miejsca zaproponował mięciutki, pachnący rogalik. Z oknem krajobraz powoli zaczął przypominać kamienistą pustynię. Gdzie niegdzie dostrzegamy obozy z dużymi, wieloosobowymi namiotami. Czyżby uchodźcy ? Przypuszczenia te zdają się potwierdzać okalające obozy kilometry sznurów z suszącą się odzieżą. Mija około godziny od wyjazdu z Antakii, kiedy dojeżdżamy do granicy. Na początek strona turecka. Młody żołnierz w moro odsuwa wielką, masywną metalową bramę. Umieszczone pod spodem rolki, po których brama się toczy, mające rozmiary puszek od piwa dudnią w betonowych prowadnicach niczym kamienne żarna w młynie. Przejeżdżamy. Z miejsca do autobusu wkracza kilku uzbrojonych wojskowych. Oglądają pobieżnie co jest w środku, po czym wychodzą wraz z kierowcami i stewardem. Przez okno widzimy jak zaglądają do bagażników i pod samochód. Wydaje się, że wszystko jest ok. Załoga autobusu wraca z całą stertą jakiejś „biurokracji”. Ruszamy dalej. Przejeżdżamy kolejną bramę i naszym oczom ukazuje się długi na kilkaset metrów pojedynczy peron. Przypomina to trochę wysoką rampę kolejową skonstruowaną tak, by wagony stały na tyle niżej, aby umożliwić wyładunek towarów wprost na poziom rampy. Podjeżdżamy, wszyscy wychodzą z autobusu. Steward zbiera nasze paszporty i znika gdzieś w jednym z kantorków. Idziemy za tłumem. Peron/rampa jest zabudowany kilkunastoma budkami czy kantorkami. Pomiędzy nimi rozciągnięta jest siatka ogrodzeniowa. Idziemy wzdłuż kilkadziesiąt metrów, po czym znajdujemy przejście na drugą stronę. Wracamy po drugiej stronie rampy praktycznie na wysokość naszego kantorku. Na obdrapanej ścianie napis POLICE. Tuż obok wejścia jest małe prostokątne okienko, z którego raz po raz wychyla się policjant oddając po kilka paszportów. Mija pół godzinki i nasze paszporty już zostają zwrócone. Wracamy do autokaru. Obsługa upewnia się, ze nikt nie zwiał na granicy i ruszamy. Przejeżdżamy kilkaset metrów i kolejne stalowe wrota wypluwają nas na ziemie niczyją. Dookoła ogromne głazy. Każdy wielkości mniej więcej altanki na działce. Jak okiem sięgnąć po horyzont. Widać wyraźnie, że nie jest to twór natury. Widocznie jest to specjalna linia obrony przed czołgami czy zmechanizowanym sprzętem wojskowym. Nawet nie wiem, jak długo jechaliśmy zanim dotarliśmy do syryjskich posterunków. Może dwa kilometry, może pięć. Schemat się powtarza. Wjeżdżamy na początku na posterunek wojskowy. Tym razem jednak od razu wprost na kanał. Syryjski żołnierz leniwie schodzi w dół. Mijają minuty. Wreszcie wyczołguje się spod spodu i podbija kierowcy pęk papierów. Wjeżdżamy na przejście. Wszędzie dookoła pojawiają się portrety zmarłego prezydenta Hafeza As Sadata i jego syna Baszara, obecnego prezydenta. Ten pierwszy rządził Syrią przez długie lata wplątując ją w wiele międzynarodowych konfliktów. Ten drugi został prezydentem po śmierci ojca. Właściwie do przejęcia schedy, po powoli umierającym na raka ojcu był przygotowywany jego starszy brat, ale niestety zginął w wypadku samochodowym uderzając prowadzonym przez siebie mercedesem w przydrożny słup z prędkością blisko 200 km/h kiedy spieszył się na lotnisko na samolot, którym miał lecieć do Szwajcarii na narty. W zaistniałej sytuacji Baszar został na prędce sprowadzony do kraju z Anglii, gdzie studiował medycynę a dokładniej okulistykę. Podobno miał do tego talent, zdolności i pewną rękę. Nie dane było mu jednak zrealizować się w tej dziedzinie. Po powrocie do Syrii przeszedł przyspieszony kurs jak zostać dyktatorem. Niestety w przeciwieństwie do swojego ojca i starszego brata, Baszar nie jest zwierzęciem politycznym. Nie ma tej smykałki, sprytu oraz przebiegłości, która powinna cechować wytrawnego przywódcę, czy męża stanu. Jego ojciec półotwarcie popierał terroryzm, stał za zamachami na Achille Lauro, rozpętał połowę konfliktów zbrojnych w tamtym regionie, podporządkował sobie Liban, otwarcie korzystał z wojskowej pomocy ZSRR i mniej otwarcie, choć nie mniej intensywnie z Francji. Baszar doprowadził gospodarkę Syrii na krawędź katastrofy, utracił kontrolę nad Libanem, naraził się zarówno krajom arabskim, jak i USA a i Rosja już nie patrzy na Syrie tak przychylnie, skoro ostatnio odmówiła sprzedaży rakietowych systemów przeciwlotniczych. Siedzimy więc w autokarze toczącym się przez syryjskie przejście graniczne. Z wyglądu nieco przypomina przejścia na polskiej wschodniej granicy kilkanaście lat temu. Mnóstwo budynków, mnóstwo wojskowych. Podjeżdżamy do całkiem sporego budynku. Wszyscy wychodzą z autokaru na zewnątrz. Udajemy się za nimi. Wchodzimy do wielkiego hallu z kilkudziesięcioma stanowiskami odpraw. Nad okienkami napisy w arabskich falujących znakach oraz po angielsku: VIP, „dla obywateli Syrii”, „dla arabów z innych krajów” i dla „niearabów”. Na ścianie napisy, że w przypadku odmowy wpuszczenia do kraju zawsze możesz skontaktować się z szefem zmiany w celu wyjaśnienia sytuacji, oraz że na tym przejściu mogą nabyć wizę obywatele tych Państw, gdzie Syria nie ma swojego przedstawicielstwa dyplomatycznego. W to ostatnie jednak mało wierzymy. Podchodzimy do okienka. Śniady arab w mundurze po drugiej strony szyby ogląda dokładnie nasze paszporty. Mój w szczególności. Pewnie szuka śladów Izraelskich stempli. Posiadanie takowych w paszporcie automatycznie powoduje zakaz wjazdu do Syrii. Na szczęście nie mam takowych. Zatrzymuje się jednak na dłużej przy stronach, gdzie mam wizę australijską i chińską z Hongkongu. Patrzy spod oka poprzez krzaczaste czarne brwi, po czym pyta się jaki mam zawód i w jakim celu przyjechałem do Syrii. Zgodnie z prawdą mówię, że przyjechałem turystycznie i troszeczkę mijam się z prawdą mówiąc, że jestem nauczycielem. Przechodzi. Nasze paszporty wzbogacają się o dwie kolejne pieczątki. Wracamy do autokaru. Siadamy na miejscach i podjeżdżamy do peronu. Cała zawartość bagażników ląduje na zewnątrz. Celnicy sprawdzają od niechcenia kilka bagaży a kilka innych trzepią dość dokładnie. Nie zachowują przy tym żadnych ograniczeń. Nasze plecaki nie zasługują nawet na pogardliwe spojrzenia. I bardzo dobrze !!! Ładujemy się z powrotem. Wygląda na to, że odprawa dobiegła końca. Nie wszyscy wrócili jednak do autobusu. Po chwili podnoszą się krzyki. Zatrzymujemy się i czekamy na 2-3 osoby. Ok., już wszyscy w komplecie jesteśmy na pokładzie. Ruszamy. Jeszcze tylko posterunek wojskowy, kolejne sterty papierów i pieczątki wędrują z rąk do rąk. Teraz możemy już powiedzieć, że jesteśmy w Syrii. Kilka kilometrów za granicą krajobraz wygląda mniej więcej tak samo jak na ziemi niczyjej. Setki porozrzucanych głazów wygląda niczym kaprys giganta. Docieramy wreszcie do pierwszej osady. Tu przekonujemy się, że klaksony w Turcji były używane z umiarem. Obecnie nasz kierowca praktycznie nie zdejmuje ręki z klaksonu. Pozostali kierowcy również. Zdaje się, że chcą w ten sposób zasygnalizować „uwaga bo jadę”. Patrząc na niefrasobliwość kierowców i to co się dzieje na drodze chyba ma to rację bytu. Jeśli nie dasz znać klaksonem z której strony jesteś kierowca na pewno Cię nie zauważy. Za oknem ciągną się szeregi parterowych domów. Wyglądają na ulepione z gliny albo przynajmniej z suszonej na słońcu cegły. Mijani mężczyźni przeważnie ubrani są w dżalabie, czyli długie proste arabskie sutanny. Część jest szara, część brązowa a jeszcze inna część kiedyś była biała, obecnie szara. Dzieci przeważnie niesamowicie umorusane. Kobiety zasłaniają twarze czadorami. Niektóre mają jedynie chusty na głowach inne są zawinięte od stóp do głów. Te ostatnie głównie na czarno lub szaro. Nieliczne mijane na brązowo. Za oknem dominuje kolor szary i brunatny. Zieleń praktycznie nie istnieje. Między domami kłębią się wysypiska gruzu, sterty starych opon, jakieś pordzewiałe metalowe beczki. Nieliczne betonowe domy straszą ziejącymi metalowymi prętami. Wszystko wygląda jakby było jeszcze nie wykończone i zasiedlone z przymusu, tymczasowo. Chaos panujący na ulicy przyprawia mnie o zawrót głowy. Pierwotny plan przewidywał przyjazd tu „szczeniaczkiem”. Teraz jestem szczęśliwy, że zdecydowaliśmy się na podróż czym się da. Docieramy do kolejnej osady/miasteczka. Autokar skręca na stację benzynową. A na stacji „wolna amerykanka”. Niektóre samochody parkują wzdłuż dystrybutorów przodem do kierunku jazdy, inne pod prąd a jeszcze inne, między innymi ogromna ciężarówka z kilkoma potężnymi głazami na pace oraz nasz autobus, w poprzek. Wrażenie potęgują jeszcze wszechobecne klaksony. Jeśli hałas obok skażeń płynnych, gazowych i pyłowych przyjmujemy za jeszcze jedno z zanieczyszczeń środowiska to Syrię możemy uznać za bardzo zatruty kraj. Okazuje się, że to nie wszystko. Palenie papierosa i tankowanie paliwa jednocześnie nie tylko nie jest zakazane, ale najwyraźniej stanowi tu normę. Nie wiem na co, ale czekamy na tej stacji około godziny. Jesteśmy już trochę umęczeni, bo poprzednia noc spędzona w autobusie nie była do końca przespana. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do Aleppo. Wreszcie ruszamy dalej. Mijane okolice niczym się nie różnią od tych sprzed stacji benzynowej. Autokar połyka kolejne kilometry. Szary krajobraz urozmaicany jest różnego rodzajami składowiskami rdzy i gruzu. Stopniowo zabudowa staje się coraz gęstsza. Docieramy wyraźnie na przedmieścia miasta. Stopniowo przedmieścia przeradzają się w miasto. Otacza nas zewsząd multum pojazdów. Żółte taksówki, stare rozpadające się ciężarówki, autobusy pamiętające jeszcze chyba mandat francuski nad Syrią, trójkołowe pojazdy nie podobne do niczego. Każdy jedzie w swoją stronę. Na jezdni, na której powinno być wyrysowanych 3 pasy ruchu czasami widać 4 rzędy samochodów. Innym razem tylko, 2 z czego jeden stoi w poprzek. Samochody nagminnie skręcają ze skrajnego lewego pasa w prawo i na odwrót. Importerzy aut mogliby sporo zaoszczędzić sprowadzając od razu samochody bez kierunkowskazów. I tak nikt ich nie używa. Używają za to klaksonów. Kakofonia, jaka dochodzi zza okna jest wprost nie do wytrzymania. A my będziemy musieli zderzyć się z nią twarz w twarz po wyjściu z autokaru. Nasz kierowca nie odstaje od reszty. W potwornym ścisku wśród wtórujących mu klaksonów z lewego pasa skręca w prawo blokując na jakiś czas cały ruch. Nikt nie dba tu o innego użytkownika dróg. Kto pierwszy, ten lepszy. Liczy się tylko by się wcisnąć przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie ważne jest jak swoim działaniem utrudniasz życie innym. Byle tylko złapać swoje. Koszmar. Przedzierając się przez ten chaos nasz autokar dotarł na dworzec. Zmęczeni po 29 godzinnej podróży z Polski wysiadamy na zewnątrz. Teraz musimy znaleźć hotel, by złapać choć kilka godzin snu. Ale o tym już w następnym odcinku….. harom 2004-09-19 04:03:09 skomentuj (0) Aleppo - kwintesencja Bliskiego Wschodu. Zmęczeni, niewyspani, brudni i przepoceni, z plecakami na ramionach wysiadamy wprost na popołudniowy syryjski upał. Suche powietrze niemiłosiernie prażące słońce z miejsca dały nam znać, że nie będzie łatwo. Dookoła przeraźliwy ryk klaksonów, ogólny zgiełk, hałas i harmider. Obijamy się o ludzi biegnących w różnych kierunkach bez składu i ładu. Byle dalej od dworca, byle znaleźć jakiś przyczółek i na chwilę pochylić się nad przewodnikiem. Wreszcie nam się udaje. Wyciągamy Lonley Planet „From Istambul to Cairo on a shoestring” i staramy się zlokalizować na mapie. Chyba nam się udało. Ruszamy przez szeroką dwujezdniową arterię na drugą stronę. Jeden pas pokonany, pas zieleni i już po kilku minutach udaje mam się znaleźć lukę w radosnym i chaotycznym syryjskim „traffic’u” i szczęśliwie dotrzeć na drugą stronę jezdni. Wchodzimy w wąską śródmiejską uliczkę. Otaczają nas niewysokie, jednopiętrowe domy. Widzimy pierwszego garbusa. Wyciągamy aparat i robimy zdjęcia z każdej możliwej strony. Przechodzący tambylcy patrzą nieco z pożałowaniem. Idziemy dalej w kierunku dzielnicy, gdzie wg przewodnika maja się znajdować tanie hotele dla obieżyświatów. Dziwnym trafem to, co pokazuje przewodnik ni jak nie chce się zgadzać z tym, co widzimy w rzeczywistości. Nie martwimy się za bardzo, bo na horyzoncie pojawiają się nowe garbuski. I znów mała sesja zdjęciowa. Ruszamy dalej. Kolejna przecznica i kolejne garbuski. Uszliśmy z pól godziny i mamy już około 30 fotek. Ale nadal nic nie zgadza się z mapą. Decydujemy się skręcić w poszukiwaniu bardziej charakterystycznego punktu. Meczet. Tak, ale który. Co chwilę tu jest jakiś meczet. Mniejszy i większy. Przechodzimy koło jakiegoś szpitala. I znów mamy okazję użyć aparatu. Przed brama stoi VW Bus w wersji karetki pogotowia. Ale to nie przybliżyło nas ani na krok do upragnionego łóżka hotelowego. Kluczymy tak kolejne pół godziny. Fotek przybywa, my nadal nie wiemy gdzie jesteśmy. W akcie desperacji pytamy się o drogę jakiegoś tubylca pokazując mu palcem gdzie chcemy dotrzeć. Żeby choć powiedział nam w którym kierunku iść. Człowiek chwyta nasz przewodnik i idzie z nim gdzieś coś pod nosem marudząc po arabsku. O w mordę, niech tylko nie ucieka z naszą jedyną deską ratunku !!!! Po kilku chwilach gromadzi się kilku jemu podobnych „mądrych”. Patrzą deliberują, kręcą nosami. Wreszcie jeden z nich dziwną mieszanką angielskiego, francuskiego i machania rękami wskazuje nam, by udać się w kierunku najwyższego, chyba jedynego w Aleppo wieżowca. Wierzymy mu na słowo, nie mamy innego wyjścia. Po kolejnej pół godzinie dreptania w upale rzeczywiście docieramy tam, gdzie chcieliśmy. Patrzymy jeszcze raz na mapę w przewodniku. Wszystko jest na swoim miejscu, po prostu wychodząc z dworca czytaliśmy mapę do góry nogami i dlatego zamiast przybliżać się do celu oddalaliśmy się. Robimy dwie rundki po okolicy zahaczając o kilka hoteli wymienionych w Lonley Planet. W końcu decydujemy się na jakiś. Są wolne dwójki. Płacimy 400 Funtów (8 USD) i idziemy złapać kilka godzin snu. Pokój hotelowy jest klasą samą dla siebie. Ma mniej więcej 3,5 na 2,5 metra i chyba z 5 metrów wysokości. Po lewej i prawej stronie pod ścianami dwa metalowe przypominające szpitalne łóżka. Między nimi mała szafka nocna. Posadzkę stanowią czarne i białe małe płytki, mniej więcej 3,5x3,5 cm. Na wprost drzwi wejściowych duże, dwu skrzydłowe drzwi na balkon. Balkon wychodzi wprost na 3 pasmową jednokierunkową ulicę. Chyba jednak ruch uliczny nie będzie nam za bardzo przeszkadzał. W rogu pokoju tuż po prawej stronie za wejściem znajduje się łazienka i WC. Powstała poprzez wydzielenie części pokoju małym boxem mniej więcej 1,5x1,5m. Ściany tego pokracznego przybytku stanowi płyta, jakiej zazwyczaj używa się do oklejania mebli. W środku mały zlew, sedes, i tuż nad nim prysznic. Woda spływa wprost do odpływu umieszczonego w obniżeniu podłogi. Nieważne jak wygląda, ważne, że jest. Bierzemy prysznic i z miejsca udajemy się na kilkugodzinną drzemkę. Zmęczeni, umordowani, troszeczkę zszokowani zasypiamy w 13 sekund po przyłożeniu głowy do poduszki. Pewnie przespalibyśmy aż do rana, ale wynalazki współczesnej techniki niestety nie pozwalają. Wynalazkiem takim są głośniki. Kiedyś, w erze przedelektronicznej Muezin wychodził na szczyt minaretu i własnym głosem wzywał wiernych na modlitwę. Obecnie muezin jest nagrany na taśmę magnetofonową a jego wątłe gardło zastąpiono kilkoma mocnymi kolumnami głośnikowymi. Efekt piorunujący, idzie obudzić zmarłego !!!. No nic, chcąc nie chcąc wstajemy i idziemy na podbój Aleppo. Pierwszy rekonesans i nauka przechodzenia przez jezdnię. Dobrze, że pod oknem mamy wprawkę na poziomie „początkujący”. Przechodzenie przez ulice w Syrii to prawdziwe wyzwanie. Ulica z wyrysowanymi 3 pasami ruchu wcale taka nie jest. Samochody rzadko jeżdżą wyrysowanymi pasami. Czasami jedzie 4 obok siebie, czasami 2 środkiem. Nie zawsze skrajny lewy pas jest najszybszy. Czasem jest na odwrót. W ogóle przechodzenie tu przez jezdnię przypomina komputerową grę „Frogger”. Różnica jest jedynie w liczbie „żyć”. Po kilku nieudanych próbach udaje nam się jakoś przejść na drugą stronę. Możemy powiedzieć, że przechodzenie przez drogi jednokierunkowe już opracowaliśmy. Wchodzimy w dzielnicę handlową i kierujemy się w stronę suków. Suki, to takie ulice i pasaże handlowe. Czasami przypomina to krakowskie sukiennice, tylko ciągnące się kilometrami. Tak samo jak sukiennice bywają zadaszone i tak samo a może i bardziej są zatłoczone. Po drodze mijamy nieskończoną ilość straganów. Odnoszę wrażenie, że każde pomieszczenie z dostępem do ulicy zostało zaadaptowane na jakąś działalność handlową. Nasze nozdrza atakowane są zewsząd tysiącami nieznanych nam zapachów. Co pewien czas przebija się okropny zapach szarego mydła. Hmmmm, mydlarnia to podobno sklep ze świecami, więc jak nazwać stragan z szarym mydłem ? Nie ważne, istotne jest to, że co kilkanaście kramów spotykamy małe pomieszczenie zapakowane po granice możliwości kostkami szarego mydła. Zbliżamy się do suków. Na naszej drodze jest niestety dość duża przeszkoda. Mianowicie ulica dwukierunkowa. Jeden pas ruchu z naszej strony, dwa w przeciwną. A na nich pełno żółtych taksówek prowadzonych przez szalonych kierowców, którzy w miejsce kierunkowskazów używają klaksonu. Ciągły sygnał przez 3 minuty znaczy chcę skręcić w lewo, natomiast 5 minut trąbienia pulsacyjnego, chcę skręcić w prawo. Długie i krótkie trąbienie na przemian oznaczają „O Allachu, w którą to ja miałem skręcić stronę” ? Syryjskie samochody przypominają, że nie jest to bogaty kraj. Dominują jakieś dziwne marki z dalekiego wschodu, koreańskie i chińskie, rosyjskie łady i ukraińskie wynalazki. Bardzo dużo jest starych samochodów europejskich marek. Wiekiem jednak z pewnością są starsze ode mnie. Przemykają również małe miniciężarówki KIA. Czasami są tak małe, iż odnoszę wrażenie, że europejskie samochody osobowe kombi są większe. Widać również dużo starych rozpadających się samochodów dostawczych nieokreślonej marki i wieku. Gdzie niegdzie przemknie VW Bus. No tak, one chyba wciąż klepane są w Brazylii i Meksyku a to też są kraje nie najbogatsze. Mijają minuty a my stoimy snując domysły i rozważania nad syryjskim ruchem ulicznym Stali byśmy tak może kolejne kilka minut gdyby nie zdecydowana postawa przypadkowego dziesięciolatka, który chwycił Ulę za rękę i wciągną na ulicę. Rozległy się klaksony, słychać było pisk hamulców. Zrozumiawszy natychmiast, że możemy nie mieć drugiej takiej szansy ruszyłem za nimi bez chwili wahania. Z przerażeniem w oczach wśród kakofoni klaksonów docieramy cali i zdrowi na drugą stronę. Mały wybawca Uli tylko się uśmiechnął i pobiegł dalej w swoją stronę. My staliśmy i patrzyliśmy na to, co udało nam się przed chwilą pokonać. Cholera, trzeba będzie jeszcze tędy wrócić !!! Ale po co się martwić na zapas ? Idziemy dalej. Wchodzimy w wąską drużkę prowadzącą na suki wzdłuż ściany meczetu. Po lewej stronie pod ścianą rozlokował się Arab z 3 naczyniami przypominającymi chińskie woki. W jednym z nich łuskane orzechy włoskie, w drugim palone ziarna dyni w trzecim fistaszki. Przystajemy na chwilę i patrzymy, jak raz po raz zgrabnym ruchem przerzuca całą zawartość woka. Po drugiej stronie na rozkładają się kramy z różnościami. Przestrzeń zajmowana przez towar eksponowany przed kramem jest praktycznie dwa trzy razy większa niż ta wewnątrz. Mijamy kolejne sklepiki z przyprawami, ze słodkościami z orzeszkami i fistaszkami. Wszędzie poprzyczepiane kartki z falującymi znakami. Mocne postanowienie na dziś. Nauczyć się arabskich cyferek. Te, których używamy w europie są arabskie chyba tylko z nazwy. Tu cyfry wyglądają całkiem inaczej. Ale w końcu nie ma się co dziwić. Indianie przecież też nie żyją w Indiach. Docieramy do suków. Przeciskamy się pomiędzy ciasnymi straganami. Nad nami potężne sklepienia na planie łuku. Trafiliśmy na początek na dziewiarską część suków. Wielkie bele różnokolorowych materiałów zalegają każdy cm2 dostępnej powierzchni. Wokół straganów kłębi się tłum kobiet ubranych w czadory, mężczyzn zarówno w spodniach, jak i tradycyjnych arabskich sukmanach. Od czasu do czasu widać bardziej „wyzwoloną” Syryjkę, czyli ubraną w długie spodnie z materiału, europejskiego kroju bluzkę i obowiązkową chustę na głowie. Duże wrażenie robi widok ludzi poubieranych w tak tradycyjne, żeby nie powiedzieć staromodne czy staroświeckie stroje rozmawiających przez telefony komórkowe. Zderzenie tradycji z nowoczesnością. Ten krótki rekonesans pozwala nam liznąć bliskowschodniej atmosfery. Przechodzimy przez zatłoczone kramy pełne kolorowych sukni, mieniących się apaszek, delikatnych tkanin. Dochodzimy do kolejnej części suków. Otaczają nas kramy słynnych syryjskich złotników. Przepiękna kunsztownie wykonana biżuteria mieni się niezliczoną ilością refleksów. A wszystko to w ilościach, jakie przyprawiają o zawrót głowy. Nie tylko ta część suków sprawia wrażenie dobrze „zatowarowanej”. Każdy kram i kramik posiada niewyobrażalne ilości zapasów. Wreszcie na naszym horyzoncie pojawia się kramik obładowany świeżymi owocami. Ponieważ już nam nieźle powysychało w gardłach rzucamy się z miejsca na przepyszny, wyciskany przy nas sok ze świeżych pomarańczy. Za szklaneczkę płacimy po 20 Funtów, to jest około 0,4 USD. Przemykamy dalej przez kolejne stragany robiąc fotki i podziwiając piękne sklepienia, które zamykają się nad nami. Nagle ni stąd ni zowąd pojawia się dość dobrze mówiący po angielsku tubylec. Mówi, że oprowadzi nas trochę po sukach i pokaże co ciekawsze detale. Zgadzamy się bez wahania. Facet budzi zaufanie. Jest schludnie ubrany w lekkie materiałowe spodnie i koszule, całkiem dobrze mu patrzy z oczu. Idziemy więc za nim. Mijamy po drodze najstarszą część suków. Podziwiamy kopuły sklepień z małymi otworami świetlików po środku na górze. Przyglądamy się przepięknym drewnianym krokwiom podtrzymującym balkony. Wreszcie dochodzimy do jednego z dawnych chanów, połączenia motelu, magazynu, sklepu, oberży i gospody. Zazwyczaj chan budowany był na planie prostokąta lub kwadratu. Od zewnętrznej strony nie budowano okien, a wejście miał tylko jedno, zamykane nocą dokładnie na klucz przez właścicieli. W środku znajdował się dziedziniec, zwykle odkryty i otoczony z czterech stron dwiema kondygnacjami niedużych pomieszczeń. Na parterze znajdowały się w nich magazyny, stajnie, sklepy, a także gospody, na piętrze zaś kupcy mogli nocować. Po obejrzeniu chanu, nasz przewodnik zaproponował, że pokaże nam jeszcze jedno miejsce. Zaczęliśmy coś podejrzewać, że ta darmowa wycieczka z przewodnikiem ma jakiś ukryty haczyk. Przeszliśmy może kilka zaułków i zakamarków, gdy znaleźliśmy się przed….. warsztatem jubilerskim. Nasz przewodnik zaprasza na herbatę i koniecznie chce nam przedstawić swoją rodzinę. Wchodzimy do środka, choć picie gorącej herbaty w taki upał nie wydaje nam się najlepszym pomysłem. W środku zakładu mnóstwo wyrobów ze srebra i kamieni. Są również pudełeczka o wzorach damasceńskiej mozaiki. Dostajemy po szklaneczce herbaty. Jest gorąca i aromatyczna. Szklaneczki mają około 100 ml pojemności i są z grubego ciężkiego szkła. Powoli zamaczamy usta w gorącym pachnącym napoju. Już po sekundzie wiemy, że właśnie dane jest nam skosztować najlepszej herbaty, jaką piliśmy dotychczas. I nie jest to wrażenie spowodowane ubóstwem doświadczeń kulinarnych. Złocisty napój z dwoma listkami świeżej mięty w środku delikatnie masuje nasze przełyki wlewając się przyjemnym strumieniem w głąb, aż do żołądka. W tym samym czasie nasz przewodnik nie traci czasu i wyciąga z szuflady kolejne srebrne naszyjniki i bransolety zachwalając jakie to mamy szczęście, że tu trafiliśmy i jak nam to tanio sprzeda. Biżuteria rzeczywiście ładna, ale nie przyjechaliśmy tu na zakupy. Choć prawdę mówiąc ceny są tu tak niskie, że chciałoby się kupić niekiedy hurtem całe stragany. Dziękujemy jednak za gościnę i herbatę i udajemy się w kierunku cytadeli. Górujący nad miastem budynek cytadeli ma dość długą i złożoną historię. Ponieważ wzgórze to stanowi strategiczny punkt, chyba od zarania dziejów było wykorzystywane militarnie. Po szerokich i długich kamiennych schodach wczołgujemy się do bramy wejściowej. Upał po prostu zwala z nóg. Na niebie nie ma ani jednej chmurki, więc żar leje się z nieba niemiłosiernie. Wpadamy do wielkiej bramy wejściowej. Uff, cień i chłód kamieni. Podchodzimy do kiosku z biletami. Kupujemy jeden ulgowy, studencki dla Uli i normalny bilet dla mnie. Za wszystko płacimy 160 Funtów (3,2 USD), z tym, że proporcja jest taka: normalny bilet wstępu kosztuje 150 funtów a ulgowy ………10 !!!! Wnętrze cytadeli przypomina jedne wielkie wykopaliska. Wygląda na to, że poza murami zewnętrznymi niewiele się zachowało. Nie mniej jednak na całym placu trwa wielka krzątanina. Na odkopanych fragmentach fundamentów powstają ściany i kopulaste zadaszenia. Widać, że zabytek jest w trakcie odbudowy. Przedzieramy się środkiem. Docieramy w końcu do murów i naszym oczom ukazuje się panorama ponad dwumilionowej aglomeracji Aleppo. Wrażenie jak podczas oglądania czarno białej telewizji z bardzo mocno ustawioną jasnością. Dookoła dominuje kolor szary. Nie widać ani skrawka zieleni. Domy poprzylepiane do siebie w niesamowitej ciasnocie. Większość z nich ma jedną, góra dwie kondygnacje. Monotonię krajobrazu przerywają kopuły meczetów i wierze minaretów. Obserwowany z góry ruch uliczny przyprawia o niezłe napady śmiechu. Szczególnie zaparkowane samochody, które są tak poukładane, jakby kierowcy porzucali je w pośpiechu uciekając w panice przed nadciągającą hekatombą. Kręcimy się jeszcze trochę po murach, robimy kilka fotek, ale wystawieni jesteśmy na słoneczny żar jak na patelni. Uciekamy więc na dół jak najszybciej. Łapiemy jeszcze trochę przyjemnego chłodu i cienia w bramie wejściowej. Schodzimy w dół kamiennymi schodami przerzuconymi nad fosą. Chwila zastanowienia i decydujemy się na posadzenie 4 liter w kafejce naprzeciw Cytadeli. Siadamy na wygodnych drewnianych krzesłach w cieniu rozpiętego nad nami parasola. W mgnieniu oka pojawia się kelner i na stół „wjeżdża” lodowato zimna, oszroniona półtoralitrowa butelka wody. Rzucamy się na nią jedno przez drugie. W mgnieniu oka znika połowa jej zawartości. Za chwilę składamy zamówienie na dwa świeżutkie, zmrożone soki. Czekając na nasze zamówienie oglądamy otoczenie. W kafejce dominują arabowie w dżalabiach w tradycyjnych „arafatkach” na głowie. Gdzie niegdzie widać również Turków i Ormian. Siedzą przy stolikach, rozmawiają, popijają herbatę i palą wodne fajki. Palenie fajki wodnej to jedna z tutejszych tradycji. Traktowana jest tak jak kolejna z używek, na równi z kawą czy herbatą. Tytoń do fajek wodnych nie przypomina w niczym tytoniu do tradycyjnych fajek, czy do skręcania papierosów. Jest wilgotny i lepki, przeważnie jest również aromatyzowany. Dominującym i najpopularniejszym smakiem jest anyżowy. Jeśli nie poprosisz jakiegoś innego, to kelner nabije Ci fajkę właśnie anyżowym. Kontemplując tak otoczenie nawet nie spostrzegliśmy się jak nasze zamówienie zostało zrealizowane. Dwa pełne litrowe kufle soku, przykryte z wierzchu folią aluminiową z wbita po środku słomką ogromnie ucieszyły nasze oczy. Zaraz potem nasze kubki smakowe, po czym przełyk i żołądki dostały również swoją dawkę rozkoszy. Sącząc sok, obgadując mijający nas wielorasowy tłum spędzamy w tej kafejce chyba około godziny. Czas jednak się zbierać i dalej eksplorować suki. Przy płaceniu rachunku niemiła niespodzianka. Soki po 75 funtów i woda 50 funtów. W sumie 200 funtów, czyli 4 USD. Niby nie jest majątek na polskie warunki, ale na syryjskie ceny to grabież w biały dzień. Szczególnie zaskakuje nas to, że każą płacić za wodę !!! Ufff, nauczka, ustal warunki zanim cokolwiek zamówisz. Na szczęście w trakcie naszych późniejszych perypetii okazuje się, że jeśli ustalisz z Syryjczykiem warunki, to wywiąże się on na pewno ze zobowiązania nie starając się wymigać lub zmienić zasad gry w jej trakcie. To było bardzo miłe, bo doświadczenia z Polski, jakie mieliśmy tuż przed wyjazdem były nieco inne. Po prostu nierzetelni ludzie potrafią zgodzić się na wiele, tylko dlatego że nie mają zamiaru wywiązać się z przyjętych na siebie zobowiązań albo kiedy przyjdzie do ich realizacji będą próbowali kręcić i zmieniać reguły byle tylko nie ponieść odpowiedzialności. Jak dobrze, że w Syrii takie słowo jak honor, godność czy uczciwość jeszcze nie są pustymi frazesami. Klucząc wąskimi uliczkami zanurzamy się znów w suki. Trafiamy na coraz różniejsze kramy. Jak już wspomniałem, na sukach istnieją „specjalizacje”. Jest obszar, gdzie handluje się samymi materiałami, jest obszar gdzie można spotkać tylko kramy z szarym mydłem lub tylko kramy złotników. Snujemy się więc po bazarze i trafiamy co raz to do różnych miejsc. Mijamy sekcję mięsną. W niedużych witrynach chłodniczych przeważnie widać baranie tusze z obowiązkowo wyeksponowanymi jądrami. Podobno lokalnym przysmakiem. Bardzo ładnie wyglądają witryny, gdzie poukładane są baranie serca, baranie nerki, baranie wątróbki i baranie jaja J. Po pokonaniu kolejnych zaułków i zakamarków trafiamy na sekcję przypraw. Niemiłosiernie małe kantorki roztaczają fantastyczny zapach. Tuż przed nimi powystawiane całe lniane wory pełne liści laurowych, różnokolorowych suszków nieznanego pochodzenia, ani przeznaczenia, zielonych, różowych, czerwonych, brunatnych i rdzawych proszków. Na półkach poupychane są różnych rozmiarów słoje i butelki wypełnione dziwnymi płynami. W niektórych kantorkach widać wielkie maszyny do palenia kawy. W środku każdego z tych biznesów śniady, schludny kupiec. Z ciężkim sercem mijamy tą część suków. Gdybyśmy tylko wiedzieli coś więcej o tych przyprawach na pewno wzbogaciłyby naszą kuchnię. Wyglądają tak pięknie, tak kolorowo. Pachną tak aromatycznie. Niestety żaden z kupców nie mówi po angielsku a powtykane w worki karteczki z falującymi znakami nic nam nie mówią. Idziemy więc dalej. Mijamy kolejną sekcję mydlarską. Dochodzimy do działu pt. „gospodarstwo domowe”. Widzimy dziesiątki mosiężnych i blaszanych naczyń. Wiadra, wiaderka, miski, brytfanki, tace, wazy i dużo dużo innych wyrobów z mosiądzu i żelaza. Trafiamy nawet do kantorku, gdzie ubrany z szary drelich Arab z uporem maniaka zgrzewa blaszane naczynia nad niewielkim paleniskiem. To nie koniec egzotyki jaką napotykamy. Jeden z wielu jeżdżących na kołach kramów oferuje świeżutkie, żywe ryby. O w mordę, skąd oni mają żywe ryby na skraju pustyni ? Krążąc tak po sukach nieźle zgłodnieliśmy. Nie ma jednak najmniejszego problemu z aprowizacją. Trafiamy na jeden z wielu kramów z jedzeniem. Na dziś wybór padł na fafarela. Jest to placek cienkiej macy nadziewany różnymi warzywami oraz smażoną na głębokim oleju pastą fasolowa rozgniataną następnie na owej macy. Wszystko to zostaje podlane słodką śmietaną, po czym zrolowane niczym naleśnik i podgrzane. Smakuje wyśmienicie. Zajadając się arabskim żarciem wracamy powoli do hotelu. Ruch na mieście już nieco zelżał i udaje nam się jakoś w miarę szybko przejść przez jedyną dwukierunkową ulicę na naszej drodze, tą samą którą poprzednio pokonywaliśmy dzięki uprzejmości arabskiego dzieciaka. Wracamy do hotelu i postanawiamy zaryzykować prysznic po raz kolejny. Pomysł na medal. Zmywamy z siebie pot i kurz dnia dzisiejszego. Odpoczywamy co nieco, po czym znów udajemy się na miasto. Najpierw trafiamy na ogromny targ warzywny. Ilości owoców i warzyw jakie tu są przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Nie chodzi o ich różnorodność czy egzotykę, ale o to, że zamiast kilku czy kilkunastu skrzynek tego czy owego usypane są potężne pryzmy. Z resztą jesteśmy świadkami, jak mały dostawczy samochód o ładowności tak ok. 3,5 t. wykiprował przed straganem całą skrzynię bakłażanów !!! Tak jest również z pozostałymi rzeczami. W sumie trafiliśmy tam przypadkiem, gdyż szukaliśmy dworca autobusowego, by nie błądzić z rana, tylko od razu podreptać na dworzec. Kiedy udało nam się już zlokalizować dworzec poszliśmy na suki. Nie był to najlepszy pomysł. Wydaje się że wraz z zachodem słońca kończy się tam handel. Większość straganów jest już zamknięta na głucho. To, co za dnia jest kolorowe i opływa bogactwem i zbytkiem teraz jest szare, brzydkie odrapane. Prawie wszystkie stragany mają zwijane w dół rolety. Nieliczne otwarte też już powoli się zwijają. Dajemy się jednak zaczepić jednemu z kupców. Oglądamy dżalabję, arafatkę, kółka na głowę i zewnętrzne nakrycia. Arab zachwala jak może. Wreszcie chyba w geście rozpaczy pyta się skąd jesteśmy. Bolanda, odpowiadamy zgodnie z prawdą. Niewiele się zastanawiając Arab sięga pod pazuchę skąd wyciąga….. 10 PLN. W końcu dajemy się namówić na zakup dżalabii. Wymieniamy też u niego 50 USD. Staramy się opuścić suki jak najszybciej. Robi się tu już bardzo nieprzyjemnie. Nie ma prawie żadnego otwartego straganu. Część bram pomiędzy ulicami już jest pozamykana. Odbijamy się od dwóch czy trzech masywnych wrót. Zaczynają się włóczyć bandy wyrostków. Trochę kluczymy przyspieszając kroku. Wreszcie udaje nam się wydostać na zewnątrz. Idziemy do parku imienia Hafeza Al-Sadata. Na środku dominuje ogromny pomnik dyktatora, który w 1982 wymordował kilkanaście tysięcy mieszkańców Aleppo tłumiąc powstanie sunnitów. Wśród pomordowanych byli nie tylko muzułmanie. Znaczną część stanowili również katolicy. My jednak nie przyjechaliśmy tu z pobudek politycznych. Dlatego też siadamy w pobliżu jednej z dwóch fontann. Tryskające w górę strugi wody mienią się różnokolorowym podświetleniem. Raz są czerwone, zaraz później niebieskie a chwile potem zielone. Lekko wiejący wiatr zwiewa w naszą stronę krople wody. W tak suchym klimacie ta wilgoć to prawdziwe ukojenie. Ładujemy akumulatory obserwując zabawną scenkę. Przy fontannie robi sobie fotkę kilka zawiniętych od stóp do głów kobiet. Mają osłonięte wszystko, nawet na rękach białe rękawiczki. Widać im jedynie wąski pasek oczu. Podejrzewam, że na zdjęciu mógłby być dosłownie każdy J. Spędziwszy w parku dobre trzy kwadranse wracamy do hotelu. Zahaczamy po drodze o sklep spożywczy kupując paczkę tutejszego chleba, czyli tych cienkich naleśnikowatych macy, jakąś konserwę, a nawet dwie, topiony serek i butelkę wody mineralnej. Za wszystko płacimy jakieś grosze. W pokoju hotelowym rozkładamy nasz miniaturowy palnik i nabój Camping Gazu. W czajniku wyciągniętym z turystycznego kochera gotujemy herbatę. Tego dnia kolacja składa się z macy posmarowanej serkiem Kraft, konserwy mięsnej i przeciętnej jakości herbaty ekspresowej. Zestaw nabój + palnik + kocher będzie jeszcze wiele razy oddawał nam przysługi podczas tej podróży. Pełni wrażeń z pierwszego zderzenia z Bliskim Wschodem zasypiamy kamiennym snem. Nazajutrz czeka nas bardzo intensywny dzień. Ale o tym już w następnym odcinku. Aleppo to jedno z najstarszych nieprzerwanie zamieszkanych miast Bliskiego Wschodu - od co najmniej 1800 r. p.n.e., choć możliwe, że początki osiedla w miejscu późniejszego miasta datują się od szóstego tysiąclecia p.n.e. Zamieszkane jest głównie przez Arabów, dość liczni są Turcy i Ormianie, oprócz nich mieszkają Grecy, Kurdowie i Żydzi. Około 10% mieszkańców miasta stanowią chrześcijanie, podzieleni na wiele denominacji. Aleppo jest siedziba dziewięciu biskupów: prawosławnego, ormiańskiego, jakobickiego, melchickiego, ormiańsko-katolickiego, jakobicko-katolickiego, maronickiego, chaldejskiego i lacinskiego. Działają również dwa zbory protestanckie: ormiański i arabski. W Aleppo jest czynnych 36 kościołów, cerkwi i zborów oraz 17 kaplic i 36 klasztorów. Władze duchowne różnych denominacji współdziałają ze sobą - istnieje rada ekumeniczna, zbierająca się co tydzień. Aleppo jest sztandarowym przykładem sukcesu ruchu ekumenicznego w miejscu tak trudnym, jak Bliski Wschód. Nie sposób jest poznać to miasto w jeden dzień. Jeśli masz Drogi Czytelniku jeszcze chwilę czasu zajrzyj proszę tu http://pl.wikipedia.org/wiki/Aleppo by choć liznąć historię miasta, które zamieszkiwane było już prawie od trzech tysięcy lat, kiedy to w Polsce dopiero panował Mieszko Pierwszy i jego odziani w skóry wojowie. harom 2004-09-19 23:19:14 skomentuj (0) Aleppo -> Hama -> Homs -> Crack des Chevalies -> Palmira Poranna pobudka około 5 nad ranem, by zdążyć na autobus o 6 nie sprawia problemu, gdyż nie spaliśmy już od około godziny. Zostaliśmy bowiem brutalnie zbudzeni przez drącego się w niebogłosy Muezina a właściwie jak już pisałem jego lepszą nowocześniejszą wersję czyli potężne kolumny głośnikowe na szczycie minaretu. Szybkie śniadanie w postaci macowatego chleba, serka Kraft, konserwy popijamy gorącym kubkiem. Pakujemy się zręcznie, wszystko na swoim miejscu, po czym ruszamy przez budzące się ze snu miasto. Docieramy na dworzec. Za obskurnym budynkiem ciągną się stanowiska dla autobusów. Niestety wszystkie tabliczki napisane są falującymi znakami. Pytamy się tambylców o transport do Hamy. Jedni wskazują na pewien autobus inni mówią, że to nie ten. Dosłownie czeski film. W końcu jeden pomocny Arab wskazuje nam wyjaśnia nam o co chodzi. Idziemy do kasy kupić bilet. Budynek dworca przypomina slumsy. Jest ciemny, brudny, cuchnie zgniłymi owocami, stęchlizną i ogólnie unosi się bliżej niezidentyfikowany odór. Idziemy do kasy i jakoś udaje nam się zakupić bilety do Hamy. Wydajemy całe 100 Funtów, czyli 2 USD. W zamian dostajemy małe białe karteczki wielkości etykiety z pudełka zapałek z nadrukiem wyglądającym jakby wykonało go dziecko z przedszkola za pomocą ziemniaka. Bileciki zostały zapisane jakimiś falami, których ni w ząb nie rozumiemy. Wracając na stanowisko oglądamy 3 autobusy marki mercedes. Nieduże, na oko 30 osobowe pojazdy zrobione jakby na bazie większego busa wyglądają jak jeżdżące wraki, których żaden szrot nie chciał przyjąć, bo przerób rdzy jest nieopłacalny. Nie sposób zignorować tak karykaturalnego środka transportu. Obdrapane blachy, zmatowiały do granic możliwości lakier, rdza wychodząca z dowolnego miejsca łączenia blach i setki kolorowych światełek z przodu. Światełek różnego kształtu. Zarówno okrągłych jak i trójkątnych. Zielonych, pomarańczowych, żółtych, wszelakich. Przymocowanych chyba do każdego wolnego cm2. Dosłownie jeżdżące drzewko bożonarodzeniowe. Nasz autobus nie jest na szczęście tak przyozdobiony. Nie mniej jednak pewnie jest tak samo stary i równie zapuszczony. W środku zarówno fotele jak i zasłonki lepią się od tłuszczu i brudu. Przejechanie ręką po oparciu powoduje, że coś zostaje na dłoni. Na przeciwsłonecznej markizie nad głową kierowcy wizerunki Hafeza i Baszara. W sumie standard w tym kraju. Siadamy. W lokalnych syryjskich autobusach nie używa się bagażnika. Całe bagaże lądują między nogami i na kolanach. Dobrze, że nasze plecaki są niewielkie i nie jedziemy za daleko. Ruszamy powoli. Czas poobserwować współpasażerów. W większości Arabowie. Z nami siedzi matka z 4 dzieci. W rzędzie obok, gdzie jest tylko 1 fotel samotnie siedzi ojciec. Obok nas Arab wyciąga papierosa. Bezceremonialnie odpala. W jego ślady idzie kolejnych trzech. Wszyscy popiół strząsają na podłogę. W międzyczasie dzieciaki z tyłu się rozbrykały. Dwoje gania się po korytarzyku między fotelami. Jedno trzaśnięte porządnie w twarz przez matkę ryczy w niebogłosy. Z głośników sączy się „kocia” arabska muzyka. Przed nami nagle wstaje Arab i zrzuca z fotele obok kobietę na podłogę. Okazuje się, że nie ma ona nóg. Siedzi więc w korytarzyku zanosząc się lamentem. O w mordę !!! Brakuje tu jeszcze tylko kur, kaczek, gęsi i prosiaka. Nawet się nie spostrzegamy jak mijają dwie godziny podróży. Jedziemy dość szeroką dwupasmową szosą. Z oddali już widać Hamę i jej zabudowania. Właśnie zbliżamy się do wiaduktu nad jakąś lokalną drogą, kiedy podchodzi do nas pomocnik kierowcy i mówi: „To już Hama, wysiadajcie autobus zatrzymuje się tylko na obwodnicy, nie wjeżdża do miasta”. Nieźle nas wykołowali !!! Poprzez zastawiony bagażem korytarzyk i siedząca Arabkę bez nóg wytarabaniamy się z naszymi plecakami z autobusu. Schodzimy z dość stromego nasypu (po co komu budować tak zbędne udogodnienie jak schody) wprost na czatujące taksówki. Żaden z arabskich mistrzów kierownicy nie mówi po angielsku, my nie mówimy po arabsku, przewodnik Lonley Planenet nie ma akurat „falującej” transkrypcji słowa Nuria. Ok, używamy słów, rąk, mapy. Jak już wiemy że chodzi o Big Water Mill negocjujemy cenę. Staje na 40 funtach (ok. 0,8 USD). Taksometry w Syrii to bardzo egzotyczne słowo. Takie zupełnie nikomu nie potrzebne urządzenie ma może jedna na 100 taksówek. Ciężko się negocjuje cenę z taksówkarzem, jak nie zna się ani arabskiego, ani ichniejszych cyfr, ani odległości, jaka dzieli postój od miejsca docelowego. Ale nic to. Wsiadamy do taksówki, oczywiście plecaki razem z nami. No po co komu bagażnik J. Żółta limuzyna nijakiej marki i sądząc po wystroju wnętrza wieku około 20 lat (chyba jedynie zdjęcia Hafeza i Baszara Al-Sadatów są młodsze) rusza z chrzęstem z postoju. Za nami kłębi się niemiłosierna chmura pyłu wzniecona przez prawie łyse opony. Zbliżamy się do ronda, ale taksówka nie zwalnia. Moją uwagę momentalnie przykuwa prawa noga kierowcy energicznie pompująca pedał hamulca. No ładnie, jedziemy taryfą z ekstremalnie zapowietrzonymi hamulcami. Aż boje się pomyśleć co będzie w mieście, jeśli ruch i chaos będą choć niewiele podobne do tych w Aleppo. Z drugiej strony, w końcu koleś jeździ tu jakoś i jeszcze się nie zabił. Ku naszemu szczęściu nie ma więcej niż trzy, może cztery powtórne okazje do hamowania. Wysiadamy na dość szerokim bulwarze. Po jednej stronie obdrapany betonowy płot i zarośla, po drugiej restauracje. Przechodzimy przez dziedziniec jednej z nich. Z dala słyszymy już charakterystyczne skrzypienie. Trudno to opisać. Cos jak chodzenie, po starych, rozeschłych drewnianych schodach na strych do babci. Tyle, że dźwięk jest o wiele potężniejszy, ciągły, nie przerywany pojedynczymi krokami i mniej suchy. Podchodzimy w stronę barierki. Naszym oczom ukazują się przeolbrzymie wodne koła. Największe ma ponad 40 metrów wysokości. W całości zrobione są z drewna, bez użycia ani jednego kawałka metalu. Nawet olbrzymi trzpień, oś, na której się obracają jest całkowicie drewniany. Po środku rzeki, równolegle do jej brzegów zbudowane są kamienne trapezoidalne podpory. Dłuższa podstawa ginie pod powierzchnia rzeki, po środku krótszej jest umiejscowiona oś koła. Po drugiej stronie każdej Nurii wznoszą się kamienne akwedukty odprowadzające wodę. Stoimy i patrzymy zafascynowani. Cztery potężne koła mielące wodę niezmordowanie od setek lat, kiedyś pracowicie nawadniały całe miasto. Dziś po kikutach zrujnowanych akweduktów nie płynie już ani kropla wody, Nurie natomiast majestatycznie, powoli z łoskotem spadającej w dół wody, zgrzytaniem i chrzęszczeniem potężnych drewnianych konstrukcji nadal wytrwale pracują. Ich zielone od glonów łopatki kontrastują z czernią drewna innych części budowli. Stoimy jak zahipnotyzowani nie mogąc oderwać od nich wzroku. Niestety napięty plan dnia dzisiejszego i perspektywa obejrzenia kolejnych Nurii przerywają brutalnie tą sielankę. Ponieważ jest to pierwsza Nuria na rzece postanawiamy iść z jej biegiem by obejrzeć następne. Ruszamy z buta. Powoli zaczyna się podnosić upał a my idziemy z plecakami. Kiepsko. Zaczyna znów nam się nic nie zgadzać z mapa z Lonley Planeta. Ulice są nie tak ja miały być. Co gorsza, zaczynamy iść pod jakąś górkę. Mijają dwa, trzy, cztery kwadranse. Pot zalewa nam oczy. Koszulki w miejscu gdzie przylegają plecaki można wyżymać. Kompletnie nie wiemy gdzie jesteśmy. Mapa jest bezużyteczna. Gdzieś źle skręciliśmy i już teraz nie wiemy gdzie. Ulice są puste. Trafiliśmy widocznie do jakiejś dzielnicy willowej. Domy pooddzielane od siebie wysokimi płotami. Krążymy dalej, znajdując od czasu do czasu cień dla pół minutowego odpoczynku. Mija piąty kwadrans. Ula dostrzega w pewnym momencie jakąś postać na skrzyżowaniu. Podchodzi by zapytać się o drogę. Lustruję gościa. Nie podoba mi się w nim coś. W sumie sam nie wiem co. Może wiek tak na oko ze 16 lat, może spodnie do pół łydki, może wyciągnięta i umorusana szara podkoszulka, może przepasający ją pas na magazynki do karabinu a może trzymany nonszalancko w ręku „kałasznikow” ? Koleś nie rozumie o co nam chodzi. Woła innego „miśka”. Facet postury niedźwiedzia, z wydatnie wysuniętym do przodu mięśniem piwnym i takim samym jak jego małoletni kolega rekwizytem w ręku kieruje nas w jakąś stronę. Po kilku minutach spaceru staramy się znów zapytać o drogę, tym razem w sklepie spożywczym. I tym razem język angielski nie jest ich mocną stroną. Zdesperowani błądzimy jeszcze kwadrans, po czym dajemy za wygraną. Łapiemy pierwszą napotkaną taksówkę i każemy zawieść się do jakiejś Nurii. Płacimy 25 funtów, czyli ok. 0,5 USD. Tak, tak szanowni Państwo. Oszczędność z czasem przeradza się w sknerstwo i chciwość. Dla zaoszczędzenia pół dolara włóczyliśmy się ponad półtorej godziny po największym syryjskim upale z plecakami na ramionach. Kolejne Nurie na naszej trasie były umieszczone przy moście przerzuconym przez rzekę, w sąsiedztwie urokliwego meczetu. Taksówkarz podwozi nas pod bramy kolejnej restauracji, która również była jeszcze nie czynna. Na szczęście wewnątrz na dziedzińcu sympatyczny Arab krząta się coś sprzątając i udaje nam się go poprosić, żeby wpuścił nas na tarasy widokowe. Te Nurie nie są już tak widowiskowe, jak pierwsze, które widzieliśmy. Na lewym brzegu rzeki, w sąsiedztwie meczetu widać dwa ok. 15 m bliźniacze koła (a może jedno podwójne ?) i kilka metrów bliżej w stronę środka rzeki jeszcze jedno, mniejsze około 6 metrowe koło. Odgłosy są jednak nadal niesamowite. Odpoczywamy troszeczkę na tarasie widokowym, po naszej nieoczekiwanej półtoragodzinnej marszrucie i idziemy na drugi brzeg. Tu udaje się podejść prawie do samych kół. Wchodzimy w wąskie przejście miedzy meczetem i kamienicą, przechodzimy kilkanaście metrów i już od Nurii oddziela nas tylko kamienny mur. Tu dopiero można oszaleć od chrzęstu, zgrzytu, skrzypienia i szczęku naprężającego się co rusz to w innym miejscu drewna. Tak, to miejsce trzeba odwiedzić, żeby poczuć potęgę i moc tych odgłosów. Nauczeni pokory wsiadamy w kolejną taksówkę i prosimy o podwiezienie do kolejnych kół. Tym razem taryfa wynosi 40 funtów (0,8 USD) a droga jest mniej więcej 2/3 krótsza od poprzedniej. No ale cóż, tak jak mówiłem ciężko się targować jak nie wie się na jaką odległość jedziemy. Wysiadamy przy pięknej wysokiej pojedynczej Nurii. Z jednej strony podtrzymywana trapezoidalnym murem oporowym z drugiej klasyczny antyczny akwedukt niczym z starożytnego Rzymu. Zanim jednak podejdziemy bliżej wchodzimy na mały mostek przerzucony w pobliżu. W górę rzeki dostrzegamy jeszcze inne koła. Pstrykamy kilka fotek i idziemy rozsiąść się w knajpce przy stoliku, który jest nie więcej niż dwa metry od ogromnego czarno zielonego cielska Nurii. Zamawiamy lodowato zimne soki. Ponieważ knajpka jest zupełnie pusta i nie ma oprócz nas żadnych gości wdajemy się w rozmowę z kelnerem. Zamieniamy kilka zdań, po czym pada sakramentalne „Where are you from?”. Kiedy odpowiadamy, że z Polski naszemu kelnerowi uśmiecha się buzia od ucha do ucha i stwierdza, że na pewno musimy znać „Habala Babal” przy czym palcami pokazuje literkę V, niczym Victoria. Hmmmm, kompletnie nie wiemy o kogo mu chodzi. Kelner jest autentycznie całkowicie zaskoczony. Jak możemy nie znać „Babala” i znaczek V. Zamieniamy jeszcze ze dwa zdania i ….. no tak, Habala Babal to po ichniemu „starszy wujek” a ten znaczek V to nie Victoria ale nr 2. Chodziło o Papieża Jana Pawła II. Koleś nie znał ani po angielsku, ani po włosku a my kompletnie nie złapaliśmy po arabsku. Kiedy rozwialiśmy już wątpliwości wysłuchujemy opowieści o wizycie Papieża sprzed lat na Bliskim Wschodzie. O tym jak obserwował Ziemię Świętą z Góry Nebo, tej samej co Mojżesz. Korzystając z tego sympatycznego towarzystwa, prosimy, by napisał nam falującymi znaczkami na karteczce instrukcje dla taksówkarza jak ma nas dowieźć do ostatnich Nurii, które chcieliśmy zobaczyć oraz na dworzec minibusów. Otrzymawszy przepiękne instrukcje co i jak, dziękujemy wylewnie i żegnamy się z naszym dobrodziejem. Taksówka znów wiezie nas za kwotę poniżej dolara. Wysiadamy, ale okolica wydaje nam się znajoma. Wiemy jednak, że dobrze trafiliśmy, bo kelner napisał nam nawet do jakiej restauracji mamy wejść, żeby widok był jak najlepszy. Wchodzimy więc na taras widokowy i…… naszym oczom ukazują się 4 Nurie, które oglądaliśmy jako pierwsze. O matko nagle wszystko staje się jasne. Mapa nie mogła pasować do niczego jak błądziliśmy. Pierwszy taksówkarz zawiózł nas nie do pierwszych Nurii, ale do ostatnich i idąc wraz z biegiem rzeki oddalaliśmy się od reszty zamiast iść w ich kierunku. I stąd (oraz ze sknerstwa i skąpstwa) wziął się ten półtoragodzinny spacer po upale. Nie zostajemy długo przy 4 Nuriach. Staramy się złapać taxi i dojechać na dworzec mikrobusów, aby dostać się do odległego o 40 km Homs skąd mamy w planie wypad do Crac des Chevaliers, potężnego średniowiecznego zamczyska Krzyżowców. Ustalamy z kierowcą cenę za kurs. Po kilku minutach jesteśmy naprzeciw dworca. Przed nami jakieś 800 metrów do ronda, na którym można zawrócić, by podjechać na sąsiednią nitkę. Przed nami spory korek. Kierowca mówi, że zawiezie nas, za dodatkowe 15 Funtów. Oczywiście wolimy wysiąść i przejść przez ulicę. Nie dlatego, że taniej, ale dlatego, że będzie szybciej. Kiedy słyszy to Arab, nie chce pieniędzy za kurs. Wciskamy mu, ale on nie bierze. Nie dowiózł nas na miejsce, więc zapłata mu się nie należy. Szok !!! Wysiadamy, przechodzimy na dworzec. Z miejsca dopadają nas naganiacze. Prowadzą do busa jadącego do Homs. Cena zgadza się z tą z przewodnika, znaczy się nie naciągają. W chwili zbiera się 9 osób. Z plecakami na kolanach (pod nogami nie ma jak postawić), minibusem jakości mniej więcej 10 letniego Żuka docieramy do Homs. Miasto z wyglądu nijakie. Szare, hałaśliwe, bez jakichkolwiek charakterystycznych punktów. Wszechobecne portrety i bilboardy z podobiznami Hafeza i Baszara Al-Sadatów nie można uznać za nic charakterystycznego. Wysiadamy na dworcu dla minibusów i znów dopada nas tłum naganiaczy. Większość myśli, że chcemy jechać do Palmiry. Pokazuję palcem w słowniku arabską transkrypcję nazwy zamku. Chwytają nas za rękę i prowadzą wprost do busa. Za dwie osoby płacimy 50 funtów, czyli ok. 1 USD. Moją uwagę przykuwa pistolet bez kabury wciśnięty za pasek kierowcy. Hmm, ciekawie. Po chwili kierowca wypełnia żółty a może pożółkły kawałek papieru, listę pasażerów. Komicznie to wygląda, kiedy daje nam żebyśmy się wpisali. Dwie linijki łacińskiego tekstu pisanego lewej do prawej pośród powodzi arabskich falujących znaczków pisanych od prawej. Wreszcie ruszamy. W bramie wyjazdowej kierowca wręcza umundurowanemu wojskowemu listę pasażerów. Wyjeżdżamy. Z biegiem czasu droga staje się coraz ładniejsza. Powoli zaczyna wkradać się zieleń. Krajobraz zaczyna być „urodzajny”. Po pół godzinie jazdy pojawiają się pagórki stopniowo przechodzące w całkiem poważne wzniesienia. Zjeżdżamy z dwujezdniowej szosy w boczną drogę. Wspinamy się serpentynami na górę. Z oddali ukazuje się majestatyczne cielsko Craka. Za chwilę jednak ginie nam z oczu. Przejeżdżamy przez miejscowość ciągnącą się kilometrami wzdłuż ciasnej, wijącej się niczym piskorz drogi. Jeszcze kilkanaście minut i minibus wypluwa nas pod murami zamku. Podchodzimy do kasy. Bilety w cenie standardowej. 10 funtów dla Uli (0,2 USD) i piętnaście razy droższe dla mnie. Kurde, studenci w Syrii to maja jednak klawe życie. Nie chcąc targać po zamku ciężkich plecaków z sobą zostawiamy je w małej komnacie tuż przy kasie biletowej. Informujemy o tym biletera, żeby czasem nie zdetonowali ich przez przypadek. Wchodzimy do zamczyska. Zamek jest przykładem architektury wojskowej. Jest prostu, surowy i funkcjonalny. Nie stanowił nigdy rezydencji żadnego z władców feudalnych. Został zaprojektowany i wybudowany jako garnizon dla regimentu 5000 żołnierzy. Zamek składa się z zamku zewnętrznego i oddzielonego głęboką fosą zamku wewnętrznego. Wygląda to, jakby ktoś przed fosą postawił strasznie gruby mur obronny z basztami i flankami. Wewnątrz wielkich sal panuje półmrok i przyjemny chłód. Olbrzymie stajnie np. mają jedynie kilka świetlików w suficie. Chodzimy dalej zwiedzając kolejno magazyn wielkich kamiennych kul oraz oglądamy zbiorniki na smołę, olej i inne ciekawostki wylewane na głowę napastników w razie oblężenia. Po kamiennych krętych schodach wychodzimy na górę, gdzie podziwiamy okolicę. Widzimy małe, niczym pudełka od zapałek domki mijanej miejscowości. Widzimy drogę ciągnącą się wśród zabudowań. Z tej perspektywy wygląda jak wstążka rzucona niedbale ręką giganta. Po drugiej stronie naszą uwagę przykuwa wzgórze pocięte tarasami niemal jak herbaciane pola Indii. Podziwiamy też potęgę zamku wewnętrznego. Chwilę później przechodzimy i do niego. Biegamy po dziedzińcu i komnatach. Zwiedzamy monstrualnych rozmiarów kuchnię, która musiała wyżywić cały regiment. Na górze, nad dziedzińcem dostrzegamy kawiarnię. Chyba można sobie zrobić małą przerwę na coś do picia. Podchodzimy do drzwi. Tuż nad wejściem na półokrągłym oknie dziesiątki naklejek zostawionych przez turystów a wśród nich owalna naklejka z literkami PL i napisem interna.pl pod spodem. Znaczy się, nasi tu byli J. Siadamy, wypijamy coś zimnego. Odpoczywamy nieco. Słońce zaczyna się już powoli zbliżać ku horyzontowi, wiec pora wracać. Na dole nasze plecaki są całe i w nienaruszonym stanie. Wychodzimy z zamku. Dopada nas naganiacz i proponuje „service taxi” czyli coś jak taksówka w minibusie za 200 funtów od osoby. Niech się wypcha, czekamy za minibusa za 25 funtów. Minibus przyjeżdża, ale jest problem. Jest nas tylko 5 w środku. Kierowca mówi, że albo zapłacimy mu jak za sernice taxi, albo on nie jedzie. Mówimy, żeby się wypchał, my mamy czas, czekamy na komplet. Pół godziny później nadal nie ma kompletu. Zjeżdżamy do miasteczka, krążymy w poszukiwaniu pasażerów. W końcu wsiada jeszcze 3 Arabów. Ok., zgadzamy się zapłacić za puste miejsca. W środku całkiem wesoła atmosfera. Arabowie jadą na mecz do Homs. Dziś Syria gra towarzysko z Egiptem. Droga mija wesoło. Wymieniamy się uwagami ze spotkaną parą, Holenderką i Amerykaninem. Dojeżdżając do Homs już jest prawie ciemno. Wysiadamy na dworcu i decydujemy się nie tracić czasu na szukanie hotelu, tylko od razu próbować dostać się do Palmiry. Może jeszcze coś będzie dziś jechało. Udaje się złapać autobus bez trudu. Najpierw naganiacz ciągnie nas do minibusa. Całkiem ładny jak na tutejsze warunki, około 15 osobowy autobusik za 150 funtów (3 USD) mógł zabrać nas obydwoje do Palmiry. Ula jednak stwierdziła, że będzie się targowała. Kiedy Arab usłyszał, że 150 to za dużo zaciągnął nas na halę dworcową, gdzie przy składanym turystycznym stoliku siedział Arab w szarej (a może kiedyś była biała ?) dżalabii. U niego tą samą trasę mogliśmy przejechać za 100 funtów (2 USD). Ceny w tym kraju zawsze mnie zaskakują. Za trasę ponad 280 km przez pustynię płacimy naprawdę śmieszne pieniądze. Ok., słowi się rzekło, kobyłka u płotu. Jedziemy za 100 funtów. Kiedy pytamy się którym autobusem będziemy jechać nasz pośrednik naganiacz mówi, że zaraz podjedzie. Mija pół godziny. Na różne stanowiska wciąż podjeżdżają i odjeżdżają mniejsze lub większe ruiny. Wtem vis a vis wyjścia podjeżdża niemiłosiernie stara Scania B113. To, co dziś rano wydawało nam się komiczną karykaturą, z czego wyśmiewaliśmy się robiąc fotki, czyli obdrapane, z wypłowiałym lakierem, rdzewiejące, jeżdżące drzewko bożonarodzeniowe będzie nas wiozło dawnym szlakiem karawan na wschód, w stronę Iraku na środek pustyni. Chcąc nie chcąc karnie stajemy przed tą karykaturą autobusu. Kilkoro dzieciaków przygląda nam się z zaciekawieniem. Po chwili niski, chudy, żylasty Arab w jasnobrązowej sukmanie z „arafatką” w biało czerwoną kratkę, wyglądający na grubo po pięćdziesiątce z dumą wyjaśnia, że to jego „bibi”. Wskazuje też na żonę. Hm,,, spod czarnego stroju i tegoż samego koloru chusty zerka na nas młodziutka twarz może 22 letniej dziewczyny. Wydaje się na bardzo zmartwionego, gdy mówimy mu, ze my nie mamy „bibi”. Facet niesamowicie uczynny. Widząc, że Ula trzyma w ręku prawie pustą butelkę po wodzie natychmiast wyrywa ją z ręki, po czym znika na kilka minut, wracając z już napełnioną. Wreszcie przychodzi kierowca, ten sam Ali Baba, co zbierał pieniądze. Wsiadamy do autobusu. Standard jak poprzednio, z tą różnicą, że po środku nad przednią szybą zainstalowany jest mały telewizor. Kolejne kuriozum. Ruszamy i wszystko wraca do normy. Arabowie palą kiepiąc na podłogę, dzieci płaczą, bagaże zawalają przejście dla pasażerów. Dla zbieranych po drodze pasażerów pomocnik kierowcy rozkłada w przejściu białe krzesła ogrodowe. W telewizorze nad przejściem leci syryjskie wesele, z głośników nad naszymi głowami sączy się ścieżka dźwiękowa z tej imprezy. Spaliny tak śmierdzą, że chyba są odprowadzane do środka. Nad głową kierowcy wielki herb Syrii z podobizną Baszara w środku. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Znużenie bierze górę, powoli powieki stają się coraz cięższe, odpływamy w sen. Gdzieś po drodze budzi nas jeszcze posterunek wojskowy, ale sen jest silniejszy. Przesypiamy ponad 3,5 godziny nocnego rajdu przez pustynie wehikułem jak z innej epoki. Z błogiego snu wyrywa nas powszechny ruch w autokarze. Coś się będzie działo. Chyba zbliżamy się do jakiegoś przystanku. Wyglądam przez szybę. W oddali widać oświetloną osadę. Patrzę na zegarek, jest 23.30 czyli powinniśmy już być w pobliżu. Po kilku kolejnych minutach autobus zatrzymuje się. Część pasażerów wysiada. Widzimy jak, do autokaru wsiada młody, około 20 letni chłopak. Wysmukła sylwetka, oliwkowa skóra, krótko przystrzyżone czarne włosy. Podchodzi do nas i całkiem poprawnym angielskim oznajmia, że co prawda autobus jedzie dalej, ale my już tu powinniśmy wysiąść, bo dworzec jest kawałek za miastem i będziemy musieli sporo dojść do hotelu. Ok., zbieramy się w jednej chwili. Wysiadamy. Przy dość szerokiej asfaltowej drodze, po przeciwnej stronie stoi szereg domów. Na naszej stronie widać jedynie ciemną plamę gdzie niegdzie rozjaśnioną w oddali palącymi się latarniami. Gdzieś z boku na wzgórzu góruje zlana blaskiem lamp cytadela. Nasz Arab oznajmia, że przypadkiem tak się złożyło, że pracuje w pewnym hotelu i serdecznie nas zaprasza byśmy zobaczyli. Hotel jest nowy, jeszcze nie popularny. Jak zapewnia warunki są idealne. Cóż robić. Jest tuż przed północą, my jesteśmy potwornie zmordowani intensywnym dniem. Nie szkodzi zobaczyć. Przechodzimy na drugą stronę ulicy. Hotel mieści się w dwupiętrowym domu, po którym widać, że był całkiem niedawno oddany do użytku. Ładny, schludny wygląd, czyste schody, białe ściany budzą nasz niepokój co do ceny. Idziemy do pokoju na 2 piętrze. Chłopak otwiera drzwi i….. szczęka opada nam do podłogi. Duży przestonnu pokój. Dwa wygodne, typowo hotelowe taczany, telewizor, telefon i…. klimatyzator. W pokoju łazienka, schludna czysta wyłożona płytkami. Mała umywalka, sedes i prysznic. Coś, co jest standardem większości hoteli powyżej 2 gwiazdek w Polsce tu na środku Pustyni Syryjskiej, w połowie drogi do Iraku wydaje się tak nierealne i zaskakujące, że zabiera nam mowę na kilka minut. W międzyczasie nasz gospodarz pokazuje nam jeszcze kuchnie, gdzie są wszystkie potrzebne naczynia i zastawa, herbata, kawa, woda do dyspozycji gości i lodówka pełna …… zimnego piwka. Pytamy o cenę wierząc, że będzie horrendalna. Właściwie zdecydowaliśmy się już na to miejsce niezależnie od ceny. Nie będziemy o północy błądzili i szukali czegoś nocą po nieznanym miejscu, żeby zaoszczędzić kilkanaście złotych. Po krótkim targu staje na 500 funtach za pokój (10 USD). W porównaniu z Aleppo warunki tu są nieporównywalnie lepsze a cena jedynie 2 USD wyższa. Tego samego wieczora zamawiam jeszcze kolację w postaci fafarela i wychylam do niego zimne piwko. Postanawiamy nieco zmodyfikować nasz plan podróży i nie jechać jutro wieczorem do Damaszku, tylko zostać tu dwie noce, a do Damaszku pojechać pojutrze z samego rana. Oczy zamykają nam się natychmiast jak tylko głowa dotyka poduszki. harom 2004-09-20 07:42:05 skomentuj (0) Palmira Wstajemy skoro świt, nawet lekko przed wschodem słońca. Dziś będziemy włóczyć się po antycznych ruinach. Nie chcemy tego robić wystawieni na prawie 40 stopniowy upał i żar lejący się z nieba w południe. Jak najwięcej chcemy zobaczyć rano, kiedy słońce nie jest jeszcze takie ostre i nie przypieka tak niemiłosiernie. Szybciutkie śniadanie dostarcza nam potrzebnej energii. Wychodząc z hotelu pytamy się jednego z krzątających się arabów jak daleko jest do ruin. Pięć minut – odpowiada. A którędy – pytamy. Prosto, na przełaj przed siebie – słyszymy w odpowiedzi. Ruszamy więc. Po kilkuset metrach na własnej skórze odczuwamy, co to znaczy różnica temperatur na pustyni. Jest zimno. Ostry, porwisty wiatr przeszywa nas do szpiku kości. Jest nam regularnie zimno. Przechodząc kilkaset metrów napotykamy wyłaniają się przed nami ruiny starożytnej Palmiry. Widzimy długą na kilkaset metrów kolumnadę a dalej kolejne zabudowania. Podchodzimy bliżej. Dopada nas Arab z dwoma wielbłądami. Natarczywie próbuje namówić na przejażdżkę. Odmawiamy z uporem maniaka. Koleś snuje się za nami jeszcze przez kilkanaście minut nie dając ani chwili spokoju. Jest natrętny jak cholera. Na końcu, kiedy już chyba dotarło, że nie obwiezie nas na grzbiecie swojego dromadera dookoła ruin zaprasza nas do siebie, gdzie proponuje basen, jedzenie i herbatę. To ostanie słowo wymawia po polsku, co wprawia nas w nie lada zaskoczenie. Kiedy udaje nam się już odeprzeć ataki namolnego wielblądzisty zaczynamy buszować po ruinach. Są ogromne. Chodzimy podziwiamy przewalone kolumny, pozostałości budowli. Jak okiem sięgnąć ciągną się porozwalane fragmenty budowli. Niektóre z nich, jak np. amfiteatr zachowały się bardzo dobrze. W amfiteatrze przez nieuwagę potrącam nogą niedokręconą butelkę z naszą wodą. Zawartość rozlewa się na stopnie pozbawiając nas zapasów wody na resztę dnia. Sam amfiteatr jest nieduży. Może ze 20 rzędów, może ciut więcej. Nad sceną, na której robotnicy budowali drewnianą podłogę bardzo dobrze zachowały się bogate motywy zdobnicze. Widać płaskorzeźby o motywach roślinnych, widać też różne postacie. Kiedy przyglądamy się zdobieniom na portalach, ich ażurowej delikatności, lekkości malutkich rozet, skomplikowanym kształtom i motywom zdajemy sobie sprawę jak cudownie musiało wyglądać to miasto w czasach świetności. Idąc dalej docieramy do tetrapylonu. Budowla ta była centralną częścią miasta i swego rodzaju rondem. Na wysokiej kamiennej powierzchni wyniesionej ok. 1,5 metra nad poziom gruntu, w każdym z 4 rogów stoi wysoki na co najmniej 2,5 metra cokół. Z każdego z tych cokołów wyprowadzone są po cztery kolumny zakończone bogato zdobionymi głowicami podtrzymującymi zwięczenie tworzące coś na kształt daszku. Wygląda to jak cztery monstrualne altanki ogrodowe, których dach opiera się na 4 kolumnach. Pstrykamy kilka fotek i odpieramy ataki kolejnego arabskiego kupca. Tym razem ubrany w brązową szatę, niczym mnich z zakonu Dominikanów, Arab pedałujący raźno na wielgaśnym, obładowanym torbami rowerze chce nam wcisnąć jakieś podkoszulki. Spuszczamy go na drzewo, tak samo jak hordy dzieciaków z pocztówkami i obrazkami. Kiedy przychodziliśmy tu rano, ruiny świeciły pustkami. Teraz po kilku godzinach spaceru zaczynają się zapełniać pojedynczymi turystami. Idąc dalej docieramy do portalu, gdzie główna aleja liczącej 1,3 km kolumnady skręca o 30 stopni i kieruje się w stronę Świątyni Baala, największej i najlepiej zachowanej części Palmiry. Portal składa się z 3 arkad. Centralna, największa stanowi coś na kształt bramy łączącej obie części alei kolumn. Obok niej, po lewej i prawej znajdują się mniejsze, mniej więcej o 1/3 sąsiadujące arkady. Całość bardzo dobrze zachowana. Nie tylko łukowate sklepienia arkad, ale również fragmenty ścian tworzących tą swego rodzaju bramę. Obejrzawszy tą część miasta kierujemy się do Świątyni. Przekraczamy bezceremonialnie przeprowadzoną przez środek starożytnego miasta jak najbardziej współczesną asfaltową drogę. To tak jakby przeprowadzić ulicę przez część Biskupina. Ale co kraj to obyczaj. Dopadające nas co chwilę dzieci jak tylko usłyszą, że jesteśmy z Polski wykrzykują „Cześć, jak się masz”. Dopiero teraz do mnie dociera, że w Palmirze pracowali na wykopaliskach polscy archeologowie. To wyjaśnia skąd dzieciaki mogą znać polskie słowa. Wchodząc do świątyni przechodzimy przez kantorek z pamiątkami oraz nieodłącznymi w tym kraju portretami Baszara i Hafeza. Bilety – standard. Biały świstek z pieczątką z ziemniaka w cenie 10 funtów Ula, 150 funtów ja. Świątynia Baala, największego bóstwa starożytnej Palmiry to prostokątna budowla wielkości mniej więcej boiska piłkarskiego. Dookoła szczelnie ogrodzona wysokim na kilkanaście metrów murem. Po środku wolnostojący również prostokątny budynek o dłuższym boku ok. 25 metrów i krótszym z 15 i wysokości na oko 10 m. Budynek postawiony jest na powierzchni przypominającej akademicką katedrę. Dookoła otoczony jest kolumnadą sięgającą mniej więcej 20 m. w zwyż. Z przodu zachowało się 8 kolumn wraz z głowicami i łączącym je wszystkie zwięczeniem. Reszta kolumn sięga zaledwie kilka metrów, bądź widoczne są tylko ich podstawy. To co przykuwa naszą uwagę, to setki otworów wywierconych w ścianach. Na myśl przychodzi tylko jedno. Otwory przypominają odwierty na ładunki wybuchowe. Cały obszar świątyni zawiera jeszcze kilka miejsc, gdzie odtworzono potężne kolumny. Widać także wyeksponowane elementy, na których można dostrzec płaskorzeźby. Część z nich już została zatarta przez czas. Ich kontury są rozmyte jak twarze niektórych rzeźb z kopalni soi w Wieliczce. Inne przyprawiają o zdumienie stopniem zachowania. Precyzyjne, szczegółowe, nie tknięte zębem czasu. Przepiękne delikatne, subtelne ornamenty, motywy roślinne i postaci ludzkie. Wykonane z niesłychanym kunsztem i starannością. Kręcimy się tam dobre dwa kwadranse. W międzyczasie słoneczko zdążyło zająć już dość mocną pozycję na bezchmurnym niebie i temperatura podniosła się niemiłosiernie. Wychodzimy ze świątyni udając się na drugi koniec antycznego miasta zwiedzając po drodze mniejsze i większe pozostałości. Upał daje się we znaki, przydałaby się teraz woda, którą rozlałem w amfiteatrze. Ula wykorzystuje każde zacienione miejsce by się trochę ochłodzić. Docieramy w końcu pod jedną z wież cmentarnych. Starożytni mieszkańcy Palmiry nie grzebali swoich zmarłych w ziemi. Zamiast tego budowali kamienne wieże na wzgórzach, w których chowali swoich bliskich. Ula zostaje na dole, ja wczołguję się na pobliskie wzgórze. Moim oczom ukazuje się przepiękna panorama. W oddali widzę zarys Tadmur, współczesnego miasta sąsiadującego z antyczną Palmirą. Małe szare budowle prawie zlewają się z linią horyzontu. Jedynie kopuły meczetów i minarety odcinają się na tym tle. Trochę bliżej rysuje się świątynia Baala a od niej długa, długa aleja kolumn. Widzę tetrapylon, amfiteatr i pozostałe zachowane budowle. Całość dopełniają porozrzucane wszędzie na tym terenie fragmenty kolumn i murów. Z tej perspektywy wygląda to jak lukrowa posypka na pączku w ciastkarni. W międzyczasie Ulę dopadło kilkoro arabskich dzieci. Widzę jak coś rozmawiają siedząc w dole w cieniu wieży. Schodzę do nich. Moim oczom ukazuje się arabska książka do matematyki. Komicznie wyglądają „falujące znaki” w sąsiedztwie kreski ułamkowej, pierwiastka, znaku plus czy równości. Zamieniamy z dzieciakami jeszcze parę zdań i schodzimy w dół w okolice Pałacu Zenobii, ostatniego kompleksu, jaki został nam jeszcze do obejrzenia. Zenobia była wojowniczą władczynią Palmiry mniej więcej w III wieku naszej ery. Po śmierci swojego męża, która miała miejsce w dość niewyjaśnionych okolicznościach objęła tron zamieszkiwanego wówczas przez kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców miasta. Palmira, która była jedynym miastem w tej części pustyni swoje bogactwo zawdzięczała dogodnemu położeniu na skrzyżowaniu głównych szlaków karawan z Europy do Azji i Afryki. Duże bogactwo oznaczało też duże wpływy. Ambitna Zenobia zapragnęła panować nad wielkim imperium. Najechała w tym celu na Rzym. Niestety przeceniła swoje możliwości, albo niedoceniła przeciwnika. W rewanżu w 273 r. Rzymianie zdobyli Palmirę. Pałac królowej przemieniono na koszary dla rzymskiego legionu. Od tej chwili Palmira straciła swoje pierwszorzędne znaczenie, ale nadal prosperowała dzięki kupieckim karawanom. Początkiem końca miasta było zdobycie go przez arabów w VII wieku. Od tej pory rozpoczął się stopniowy i nieuchronny upadek i degeneracja miasta. Kres wszystkiemu położyło wielkie trzęsienie ziemi, które w roku 1089 zrównało z ziemią Palmirę. Od tej pory pozostawała zapomniana, zagrzebana głęboko pod syryjskimi piaskami aż do XX wieku, kiedy miasto odkopali archeologowie. Pałac Zenobii oglądamy w pośpiechu. Jest już 11:30, my jesteśmy od kilku bitych godzin na nogach a upał o tej porze dnia jest potworny. Nagrzane słońcem kamienie działają jak piec akumulacyjny potęgując spiekotę. Uciekamy więc do hotelu, zamykamy się w pokoju i ustawiamy klimatyzator na 20 stopni. Uzupełniamy też zapasy wypoconego płynu pochłaniając na raz półtoralitrową butelkę wody. Odpoczywamy około godziny i postanawiamy zobaczyć jak wygląda miasto. Wychodząc przed hotel widzimy już pierwszą atrakcję. Trójkołowy pojazd z silnikiem motoroweru, takąż też kierownicą, skrzynią ładunkową umieszczoną na 2 kołach z tyłu. Całość obwieszona różnokolorowymi światełkami, odblaskami, lampkami. Słowem jeszcze jedno, jeżdżące na trzech kołach, wydające dźwięk jak komar albo osa drzewko bożonarodzeniowe. Idziemy dalej. Wzdłuż naszej ulicy widać nowe budynki. Wszystkie wyglądają jakby miały być dwupiętrowe, ale po zalaniu stropu na 1 piętrze zmieniła się koncepcja. Na dachu każdego sterczały żelbetonowe słupki wysokości mniej więcej metra a z nich na kolejne 1,5 metra sterczały pordzewiałe druty zbrojeniowe. Niektóre pionowo do góry, inne powyginane na każdą stronę. Miasto o tej porze sprawia wrażenie nieco opustoszałego. Na większości sklepów karteczka, że między 1 a 4 po południu jest zamknięte. Włóczymy się oglądając okolicę. Mamy nieodparte wrażenie, jakby tu czas się zatrzymał w latach 50-tych. Po ulicach krążą żółte taksówki. Większość z nich, to ogromne, pancerne mercedesy z przełomu lat 50-tych i 60 tych. Wtórują im trójkołowe dziwactwa, które czasem też przyjmują funkcję taksówek. Od czasu do czasu widzimy równie stare rozklekotane autobusy, całkiem tak jak ten, którym przyjechaliśmy. Szerokimi szarymi ulicami, wzdłuż których dom przy domu stoją równie szare obejścia porywisty wiatr przepędza tabuny kurzu, porwane kartony, wyschłe kępy traw. Miasto na planie kratownicy. Równoległe ulice przecinają się pod kontem prostym. Trafiamy na mały ryneczek. Uliczka, która tam prowadzi obfituje w różne małe punkty usługowo-handlowe. Zasada taka jak na sukach. Niemiłosiernie małe pomieszczenie, większość towaru wystawione przed sklep. Mijamy kolejno kantor z szarymi lnianymi workami, zaraz za nim zakład z wiadrami, baliami, i innymi blaszanymi naczyniami. Za chwile sklep z plastikiem. Do przerdzewiałych metalowych prętów wystających ze ściany poprzywiązywane są kolorowe pojemniki na wodę. Od kilku litrowych, po całkiem pokaźne kilkudziesięciolitrowe kolosy. Wszystko to w otoczeniu kotłujących się arabów w długich powłóczystych sukmanach, zgiełku i harmidrze klaksonów rozpadających się taksówek oraz cieniutkiego bzyczenia wysokoobrotowych silników trójkołowców. Ten ostatni dźwięk można przyrównać jedynie do natarczywego bzyczenia samotnego komara w wyciszonym nocą pokoju. Kręcimy się jeszcze trochę po mieście, po czym szarymi ulicami w towarzystwie ubranych w schludne niebieskie mundurki przypadkowo spotkanych dzieciaków wracamy do hotelu. Na obiad zamawiamy sobie po fafarelu, popijamy to zimnym sokiem i urządzamy sobie popołudniową sjestę. Krążąc bez celu po hotelu jesteśmy świadkami przybycia pary Czechów. Ponieważ to naród słowiański udajemy się na dach, gdzie się rozłożyli by wymienić kilka doświadczeń. Ich historia zwala nas z nóg. Przylecieli do Syrii samolotem. Z lotniska zapłacili 300 funtów za taksówkę do Damaszku a tam kolejne kilkaset za nocleg, który trwał chyba tylko 4 godziny. Za przewodnik po Syrii robił im folder reklamowy z roku 1979 (sic !!!) oraz wydrukowana z Internetu tabelka z hotelami i ich kategoriami mierzonymi liczbą gwiazdek. Słowem bardzo odważni ludzie J. Czasem niewiedza pomaga. Jak człowiek wie za dużo, zbyt wiele problemów spędza mu sen z powiek. Jak jest ciemny jak tabaka w rogu to nawet nie zdaje sobie sprawy z tego w jakiej znalazł się sytuacji. Wieczorem znów idziemy na miasto. Spacerujemy po różnych zakamarkach. O tej porze dnia niczym grzyby po deszczu wyrosły zakłady wulkanizatorskie. Chyba najpopularniejszy rodzaj usług w tym mieście. Jest ich dziesiątki. W każdym z nich uwija się po kilka osób. W większości jeden lub dwóch dorosłych arabów i garstka małoletnich pomagierów. Wszyscy umorusani i utłuszczeni po czubki głowy. W wielkich metalowych pojemnikach połyskuje ciemna, gęsta ciecz, w której co rusz zanurzają szerokie pędzle. Raz po raz skapują z nich krople na i tak nieziemsko wysmarowane fartuchy. Spacerując tak po mieście, które wygląda jakby je zasiedlono przed wykończeniem napotykamy się na tabuny dzieciaków. Witają się z nami, chętnie pozują do zdjęć. W pewnym momencie trafiamy na ulicę, gdzie nawet chodnik występuje jak policyjny kierunkowskaz, czyli raz jest, raz go nie ma. Wśród obdrapanych budynków i odpadającego tynku napotykamy na sklep przypominający wytworne salony Gicci’ego czy Armani’ego. Na półkach leżą eleganckie torebki i portmonetki. Manekiny poubierane są w szykowne suknie, wykwintne żakiety i wyszukane dodatki. Całość umiejętnie oświetlona jasnym światłem. W środku biel terakotowej posadzki i delikatne pastelowe barwy ścian. Kontrast z otoczeniem tak ogromny, że aż nierealny. Robimy kilka fotek i spacerujemy dalej. Wracając do hotelu zahaczamy jeszcze o ruiny. Podświetlone migotliwym światłem kolumny rzucają fantastycznych kształtów cienie. Skracamy sobie drogę do hotelu właśnie przez ruiny. Wchodząc do środka zamieniamy kilka słów z właścicielem. Kiedy pytamy się, gdzie jest dworzec autobusowy, bo chcemy dojechać z rana do Damaszku z miejsca otrzymujemy propozycję, zaaranżowania podróży. Czekamy kilka minut, Arab wykonuje dwa telefony. Chwilę później oznajmia nam, że właśnie kupił dla nas dwa bilety na jutro rano za 250 Funtów (5 USD). Ponieważ cena jest „przewodnikowa” zadowoleni jesteśmy z takiego obrotu sprawy. Pozostało jeszcze ustalić, gdzie mamy się udać na ten autobus. Arab patrzy na nas jak na przybyszy z Marsa. Jak to gdzie ? Po co macie się gdziekolwiek udawać, autobus zatrzyma się dla Was przed hotelem – słyszymy w odpowiedzi. Kolejny raz szczęki opadają nam do ziemi. Tego dnia bierzemy jeszcze długi relaksujący prysznic, po czym udajemy się do miękkich, wygodnych łóżek. Nie wiadomo, kiedy następnym razem trafi nam się okazja spania w łóżku. harom 2004-09-21 03:43:57 skomentuj (0) Palmira -> Damaszek Ranek spędzamy na rutynowych czynnościach, które w podróżniczym drygu nabrały już dość dużej wprawy. Po śniadaniu o ustalonej godzinie schodzimy przed budynek w oczekiwaniu na autobus do Damaszku. Jest z nami również Japonka, która przyjechała na Bliski Wschód samotnie. Właściwie przyjechała tylko na 3 dni, więc wiele nie zobaczy. Obok nas właściciel hotelu zamiata chodnik. Siedzimy i patrzymy jak od czasu do czasu przejeżdżają ulicą różne wehikuły. W pewnym momencie nasz wzrok przykuwa piękny, nowoczesny wysokopokładowy autokar. Niemal taki, jakim jechaliśmy w Turcji z Antalii do Antaki. W tym otoczeniu jest rzeczą wręcz nierealną. Autokar przemknął nam przed oczami wzbudzając nutkę żalu. W tej samej sekundzie, sprzątający Arab oparł się na miotle i ze stoickim spokojem rzekł: „To był Wasz autobus”. Jego stoicki spokój rozłożył nas na łopatki. Jakby nigdy nic informuje nas, że właśnie uciekł nam autobus nie zatrzymując się ani na chwilę. Widocznie jednak ktoś w autokarze zorientował się, że miał się zatrzymać przed hotelem, bo kilkaset metrów dalej autobus się zatrzymał, po czym wycofał na wstecznym prawie pod sam hotel. Łapiemy plecaki w rękę i dobiegamy do niego. Nieuprzejmy steward nie chce nawet słyszeć o otworzeniu bagażnika i każe ładować nam się z całym dobytkiem do środka. Autobus jest czyściutki, klimatyzowany, pachnący, słowem drugi biegun tego, którym przyjechaliśmy do Palmiry dwa dni wcześniej. Droga do Damaszku nie jest zbyt urozmaicona. Dookoła ciągnie się brunatna kamienista pustynia. Od czasu do czasu na horyzoncie pojawiają się góry, które urozmaicają krajobraz. Czasami, ku naszemu zaskoczeniu na środku niczego wyrasta ludzkie obozowisko. Wielkie płachty namiotów łopotają na pustynnym wietrze. Innym razem dostrzegamy stado pasących się owiec. Z naszej perspektywy wygląda to tak, jakby jadły piach i kamienie. Po wczorajszym spacerze wiemy jednak, że choć niewidoczne z oddali, pustynie porastają pojedyncze kępki trawy. Droga mija strasznie monotonnie. Nieuprzejmy steward omija nas za każdym razem, kiedy roznosi pasażerom wodę. Musimy go dwa razy prosić zanim łaskawie nam przyniesie kubeczek. Stopniowo na horyzoncie zaczynają się pojawiać jakieś zabudowania. Patrząc na zegarek muszą to być dalekie przedmieścia Damaszku. Szare obdrapane jednopiętrowe budynki z wystającymi w górę zbrojeniami nieistniejącej drugiej kondygnacji królują w otoczeniu. Mijamy małe zagłębie salonów samochodowych. Jest VW, Seat, Opel, Chevrolet, Łada, Peugot, Renault, Deawoo i inne. W pewnych chwili mijamy polski akcent – reklamę opon Dębicy. Klucząc po hałaśliwych i zatłoczonych ulicach docieramy na dworzec. Wysiadamy i jak wszędzie dopada nas tłum naganiaczy. Odchodzimy na bok, by złapać dystans. Po chwili próbujemy złapać taxi. Podchodzimy kolejno do taksówkarzy pytając ile będzie kosztował kurs w okolice Placu Męczenników. Ceny zaczynają się od 200 Funtów. Masakra. Po kilku podejściach udaje nam się wytargować 100 (2 USD). Jedziemy do Centrum. Nie zajmuje to więcej niż dziesięć minut. Gołym okiem widać, że słono przepłaciliśmy, co nie omieszkam powiedzieć zdziercy taksówkarzowi. Wysiadamy przy ruchliwej ulicy vis-a-vis wielkiej, niedokończonej betonowej konstrukcji. Może wyglądać jak wielopoziomowy parking, albo szkielet domu handlowego. Sześć, może siedem kondygnacji i same stropy wraz z podtrzymującymi je kolumnami. Wchodzimy w bardzo wąziutką uliczkę. Od naszej strony jest zaślepiona. Po obu stronach małe ciasne zakłady rzemieślnicze. Przechodzimy kilkadziesiąt metrów i po lewej stronie dostrzegamy hotel Al Haramein, polecany zarówno przez Lonley Planet jak również gospodarza Al Faris Hotel w Palmirze. Hotel Al Haramein niewątpliwie należy do miejsc z duszą. Wchodząc z ulicy trafia się do małego pomieszczenia recepcji. Już tu widać, że miejsce to jest niezwykłe. To nie żadna konkretna rzecz to sprawia, to sprawiają detale. Zaraz za recepcją wchodzi się na patio. Właściwie można by to nazwać dziedzińcem, bo z góry jest niezadaszony, tak jak podwórko czworokątnej kamienicy. Patio ma rozmiary mniej więcej 4x5 metrów. Na podłodze duże płytki. Po środku niewielka owalna fontanna. Zbiornik fontanny umieszczony jest na wyłożonym również płytkami podwyższeniu ok. 80 cm nad ziemią. W środku pływają małe złote rybki, dookoła poustawiane są kwiaty w doniczkach. Z patio duże przeszklone drzwi prowadzą wprost do kilku pokoi. Całość dopełnia mnóstwo wiszących na ścianach obrazków, poustawiana na półkach fajki wodne, stary, wiszący niemiecki zegar, dwie trzy potężne komody z ciemnego drewna i kilka wiklinowych krzeseł wraz ze stołem. Jest również wielka drewniana sofa i lustro z rzeźbioną ramą z ciemnego drewna. Słowem bliskowschodnia atmosfera „pełną gębą”. My postanawiamy nie brać pokoju tylko spać na dachu. To dość powszechne i popularne rozwiązanie w krajach arabskich w tym hotelu sprowadza się do spania na balkonie otaczającym patio na 2 kondygnacji. My jednak mamy więcej szczęścia i w ramach spania na dachu trafiamy do jeszcze nie wykończonego pokoju na poddaszu. Całość nasz kosztuje 270 funtów (5,4 USD). Zostawiamy tu swoje plecaki i udajemy się na miasto. W krajach Bliskiego Wschodu nie wynaleziono lub też skutecznie wytrzebiono kradzieże. Turyści i backpakersi bez obaw zostawiają plecaki na korytarzach i recepcjach hoteli i nigdy nic nie ginie. Po prostu taki dziwny jak dla Polaków zwyczaj, że jak coś leży to pewnie do kogoś należy i nie należy uważać, że jest niczyje i można sobie wziąć. Na samym początku przysiadamy w knajpce na rogu, gdzie za równowartość 1 USD jemy kebaba, małą pizze i popijamy puszką Coli. Posiliwszy się nieco idziemy w stronę Placu Męczenników. Dobrze, że w odległości ok. 100 metrów od naszej uliczki jest kładka dla pieszych, inaczej byłoby ciężko. Chyba się przyzwyczailiśmy do zgiełku, bo nie robi już na nas większego wrażenia harmider na ulicach, bezustanny dźwięk klaksonów i ogólne zamieszanie. Patrząc z perspektywy kładki jestem przeszczęśliwy, że nie przyjechaliśmy tu garbusem. Byłoby ciężko. Szczególnie niebezpiecznie dla mnie wyglądają nieobliczalne jak dla Europejczyka manewry kierowców, jak np. zatrzymywanie się tuż za zakrętem, bo trzeba kogoś wysadzić i zajeżdżanie drogi skręcając z przeciwległych pasów ruchu. Po prostu organicznie nienawidzę egoistów za kierownicą, którzy nie baczą na innych użytkowników drogi byle sami mogli przejechać czy zaparkować, choćby utrudniało to życie wszystkim dookoła. Takie właśnie obrazki królują na ulicach Damaszku. Idąc dalej odkrywamy, że po drugiej stronie „szkieletu”, który widzimy z uliczki przy hotelu znajduje się równie niedokończony jak poprzednio meczet. Wielka, szara betonowa kopuła zieje złowieszczo. Równie ponuro wygląda sąsiadujący z nią szkielet minaretu. Plac Męczenników to w sumie większe rondo, wokół którego rozlokowane są sklepy, sklepiki, kantory wymiany walut, małe knajpki czy „sokownie”. Wymieniamy w kantorze 100 USD i mając wagon pieniędzy jak na tutejsze warunki udajemy się na pocztę. W międzyczasie mijamy budynek jakiegoś ministerstwa. Ulica przed nim zamknięta jest szlabanami z obu stron a przechadzający się wartownicy z „kałasznikowami” w ręku utwierdzają nas, że musi być to ważny budynek rządowy. Nie mija kwadrans jak dochodzimy do Poczty Głównej. Wielki brzydki budynek mógłby stać wszędzie. Nie ma w sobie nic charakterystycznego dla tego regionu. W środku duża sala z rzędem oszklonych okienek. Kupujemy znaczki. Kilkanaście do Polski i jeden do Holandii. Różnią się jedynie nominałem i kolorem. Pyzatym z każdego spogląda ta sama twarz Hafeza Al-Sadata. Z poczty kierujemy się na stare miasto. Pokonując ciżbę rozbieganych i rozkrzyczanych Arabów docieramy w okolice Cytadeli. Przejściem podziemnym docieramy na drugą stronę, jeszcze 50 metrów przed siebie i znajdujemy się u progu największego suku na Bliskim Wschodzie. Szeroka na kilkanaście metrów i wysoka na jeszcze więcej arteria zadaszona jest łukowatym sklepieniem. Sprawia wrażenie wielkiego przestronnego niesamowicie długiego hangaru. Po obu stronach stragany. Ale nie mają one nic z atmosfery suku w Aleppo. Od razu to miejsce nazwaliśmy „suku tandeciuku”. Przypomina raczej wielkie hale targowe w Raszynie. Dookoła króluje bylejakość. Od czasu do czasu widać przebłysk bliskowschodniego kunsztu. Czasami trafi się sklep z pięknymi materiałami, czasami pełna słodyczy cukiernia. Niestety są to rodzynki na tle straganów ze śliniaczkami z postaciami z bajek Disneya czy robioną pod turystę tandetą niemal jak w krakowskich sukiennicach. Na szczęśćcie wystarczy skręcić trochę w boczną uliczkę a chała ze szmirą oddają pole bardziej orientalnym kramom. Głównym sukiem dochodzimy do Meczetu Omajadów. Największy i najsłynniejszy meczet na Bliskim Wschodzie, był miejscem gdzie po raz pierwszy w historii głowa kościoła katolickiego przekroczyła progi muzułmańskiej świątyni. Uczynił to Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do Syrii. Turyści nie wchodzą głównym wejściem. Wyznaczone jest dla nich osobne wejście z boku, gdzie się udajemy. Po drodze kupujemy bilety za 100 funtów (2 USD). Niestety władze kościelne nie są tak hojne jak cywilne i nie dają zniżek na legitymacje studenckie. W ramach biletu Ula dostaje specjalny kubraczek z kapturem. Założywszy go wygląda niczym średniowieczny mnich. Za duże rękawy zwisają komicznie z kończynek chwytnych. Cała buzia ginie w czeluściach równie za dużego kaptura. Brunatnozielony kolor i syntetyczny materiał nie wróżą komfortu w południowym upale. Do Meczetu wchodzimy poprzez wielkie drewniane wrota. Przekroczywszy próg znajdujemy się na ogromnym dziedzińcu otoczonym kolumnadą. Dziedziniec jest dużo większy od boiska piłkarskiego. Jego wymiary to 195 x 70 metrów. Całość wyłożona jest gładkim jak tafla szkła marmurem. Prażące słońce nagrzało jego powierzchnię tak, że można po nim tylko iść. Nie da się wytrzymać więcej niż 3 sekundy stojąc. Pamiętajmy, że po meczecie chodzimy boso. Uciekamy więc do okalających dziedziniec krużganków. Wysokie na ponad 10 metrów sklepienie pokryte jest przepięknymi mozaikami. Na środku dziedzińca, mniej więcej 15 metrów od krużganków na wysokich na ok. 6 metrów kolumnach stoi jakaś sześciokątna chatka, przeznaczenia której nie doczytaliśmy. Jej ściany pokryte są złoto zieloną mozaiką przedstawiającą zawiłe i skomplikowane dekoracje roślinne. Nie jest to jedyna budowla dziedzińca. Mniej więcej po środku jest mała fontanna, otoczona czymś na kształt warszawskiego Grobu Nieznanego Żołnierza, który został zadaszony pokryciem niczym z altanki chińskiego ogrodu. Siadamy na trochę w cieniu krużganków by poobserwować ludzi, odpocząć trochę i złapać oddech. Meczet w przeciwieństwie do innych świątyni nie jest tylko miejscem kultu. Ludzie t przychodzą po prostu uciec od zgiełku, upału i kurzu. Widzimy wielu Arabów, którzy po prostu ucięli sobie drzemkę w cieniu pod ścianą, albo kobiety siedzące w kółku plotkujące coś zażarcie. Widzimy też, ku naszej zgrozie, ludzi rozmawiających przez telefony komórkowe. Ponad wszystko widzimy kunszt i artyzm budowniczych meczetu. Podziwiamy kolumnadę drugiej kondygnacji. Krużganki, które się tam znajdują mają ok. 4 metrów wysokości. Przynajmniej tak nam się wydaje z tej perspektywy. Od strony dziedzińca są bogato zdobione ornamentami i motywami roślinnymi. Z tej odległości nie widzimy dobrze, że to chyba też mozaiki. Odpocząwszy trochę spacerujemy dalej. Przy głównym wejściu do meczetu bogactwo mozaik jest olśniewające. Cała posadzka wyłożona jest skomplikowanymi geometrycznymi wzorami z różnokolorowego marmuru. Wzory są oparte na wielokątach, rozetach, łukach. Na górze nad głowami na olbrzymim sklepieniu na bordowo czerwonym tle skomplikowane owalne kształty przypominają troszeczkę fraktale. Na ścianach motywy roślinne oraz wizerunki budowli. A wszystko to zrobione w formie mozaiki, nic nie zostało namalowane. Szok !!! Idąc dalej wchodzimy do domu modlitwy. Pomieszczenie rozmiarami przypomina hangar. Długie na 190 metrów i szeroki na kilkadziesiąt w całości wyłożone jest dywanami. Z sufitu poprzecinanego wielkimi drewnianymi krokwiami na długich chyba z dziesięciometrowych łańcuchach zwisają olbrzymie kandelabry. Każdy z takich żyrandoli sam ma ze 3 metry wysokości i zwisa jeszcze z 5 metrów nad ziemią. Wnętrze wzdłuż podzielone jest kolumnami na kilka sekcji. Pierwszy rząd kolumn to jakieś 1/6 szerokości, później drugi rząd w 2/6 szerokości, dalej szeroka na 1/3 przestrzeń na środku i znów dwa rzędy kolumn. Ściany oraz niektóre z kolumn obłożone są mozaikami z kremowych i brązowych kamieni. Gdzie niegdzie widzimy modlącego się Araba. W odległości jakiś ¾ od wejścia, pomiędzy 3 kolumnadą znajduje się grobowiec jednego z najwaźniejszych islamskich świętych. Grobowiec to mała kapliczka o rozmiarach ok. 6 na 9 metrów. Na jego krótszym boku są trzy wysokie zakończone łukiem witraże z zielonego szkła. Na dłuższym witraży takich jest 5. Całość otoczona niewielkimi kolumnami, po jednej między każdym z okien. Na górze na środku półkolista kopuła średnicy ok. 4 metrów umiejscowiona na bazie, którą stanowi coś na kształt walca składającego się z niewielkich kolumienek i zielonych witraży między nimi. Wokół kłębi się mała garstka ciekawskich zerkających do środka. Nieco dalej pod ścianą biblioteczka z modlitewnikami w „falujących” znakach. Idziemy, rozglądamy się i nie wierzymy własnym oczom. Przytłacza nas rozmiar, kunszt mozaik, atmosfera. Na środku dłuższej ściany widzimy coś na kształt ambony. Mała marmurowa bramka, bogato rzeźbiona a za nią marmurowe schody na wysokość kilku metrów, gdzie znajduje się siedzisko/tron. Wzdłuż schodków ażurowo rzeźbiona balustrada. Jesteśmy po prostu zszokowani delikatnością kształtów i precyzją wykonania. W tym momencie żałuję, że brak mi fachowego przygotowania z historii sztuki, by nazwać poprawnie wszystkie te detale i kształty jakie widzimy. Po spędzeniu dobrej godziny w domu modlitwy udajemy się jeszcze raz na okalające dziedziniec krużganki. W pewnej chwili docieramy do wielkiego drewnianego wozu, na którym kłębią się porozrzucane dywany. Takie same jak na podłodze w domu modlitw. Wóz jest ogromny, jakby miał go ciągnąć zaprzęg złożony z gigantów. Koła przedniej osi mają 1,5 m średnicy. Muszę zadzierać głowę by położyć na nich brodę. Koła tylniej osi to już dobre 3 metry średnicy. Ich 8 szprych jest sporo grubsze niż ja w pasie. Tęgie, ociosane, nieheblowane bale stanowiące tworzące przestrzeń ładunkową mają wielkość dorodnej sosny. Tu i ówdzie widać równie wielgaśne metalowe okucia. Nie wiem jakie zwierze jest w stanie uciągnąć coś takiego. Robimy kilka pamiątkowych fotek i powoli zbieramy się do opuszczenia perły architektury Bliskowschodniej, najważniejszego meczetu w tej części świata, Meczetu Omajadów. Tuż, tuż za meczetem trafiamy do Pałacu Anzelma, nazwanego tak, na cześć bogatego kupca, do którego ten dom należał. Anzelm sprzedał pałac pod koniec XIX wieku misji francuskiej a ta z kolei odsprzedała go rządowi Syrii już w czasach współczesnych. Cały pałac to szereg dziedzińców z fontannami i komnatami, do których się wchodzi wprost z dziedzińców i w których również znajdują się fontanny. Ten parterowy budynek, bez okien na zewnątrz oferował swoim mieszkańcom coś z atmosfery oazy spokoju, ciszy i przyjemną wilgotność powierza. Bilety wejściowe – standard 160 funtów w proporcji 10 Ula, 150 ja. Obecnie urządzone tu jest muzeum ze scenkami rodzajowymi z życia arabów. Jest więc ukazana arabska szkoła, arabskie kobiety w strojach plemiennych przy obowiązkach domowych, arabscy rzemieślnicy różnych profesji. Niestety żadna z fontann obecnie nie pracuje. W pomieszczeniach, gdzie królują drewniane mozaiki i płaskorzeźby równie drewnianym suficie nie wolno fotografować. Dlatego musimy „z cichacza” robić zdjęcia z ukrycia. Podziwiając arabskie stroje, biżuterie, naczynia, oręże trafiamy na łaźnię. Oglądamy przez szybę wielkie piece do podgrzewania wody i pięknie rzeźbione marmurowe wanny. Ciekawie nawet wyglądają metalowe zawory w ścianach, którymi napełniane były wanny. Wyobrażamy sobie jak to musiało wyglądać, kiedy fontanny tętniły życiem a pnąca się po ścianach winorośl dawała przyjemny cień. Prawdziwa oaza ciszy i spokoju. Zwiedzenie całego pałacu nie zajmuje nam więcej niż godziny. Wychodzimy i znów znajdujemy się na sukach. Przez przypadek trafiamy na dość ciekawy stragan. Oprócz mnóstwa wysuszonych gąbek, rozgwiazd, zadymek i innego morskiego dziwactwa na pólkach znajdują się słoje wypełnione cieczą, w której pływa zatopiony wąż, albo suszone jaszczurki czy inne dziwactwa kojarzące się z niczym innym jak tylko opowieściami o czarnej magii i jej adeptach. Słowem, wszystko, świeży oddech nietoperza podczas rui, pierwsza krew miesięczna dziewicy zbierana podczas pełni księżyca, skrzydełka much i nogi pająka. Odtąd będzie to mój ulubiony kram. Buszując dalej po sukach, które przypominają w tej części już te prawdziwie arabskie, nie „Disneyowskie” natrafiamy na zaparkowanego garbuska. Kilkadziesiąt metrów dalej spotykamy suk, który nie został wyłączony z ruchu. Na wąskim chodniku ok. 1m szerokości tłoczą się ludzie i towary, środkiem, na jezdni stoi jeden wielki korek. Udajemy się wzdłuż tej ulicy w stronę Rzymskiej arkady. Nie jest ona niczym zapierającym dech w piersiach. Ot kawałek ruiny, brama wjazdowa na małym trójkątnym placyku. Znacznie bardziej interesująca jest dzielnica rozciągająca się dalej. To chrześcijańska dzielnica. Zanurzamy się w nią. Stopniowo widzimy coraz mniej arabskich strojów. Coraz więcej kobiet chodzi z odkrytymi głowami. Mężczyźni też już nie są poubierani w arabskie sukmany. Noszą spodnie i koszule. Dzieciaki jakby czystsze schludniejsze. Kręcąc się tak po wąskich jednokierunkowych uliczkach napotykamy na dwa kościoły. Jeden typowo obrządku greckiego. Charakterystyczny równoramienny krzyż nie pozostawia wątpliwości. Drugi kościół przypomina bardziej znane nam świątynie. Może nie te gotyckie, nie te romańskie z rozetami ani te „poniemieckie” z czerwonej cegły z wysokimi strzelistymi wieżami, ale takie bardziej klasycystyczne, niewysokie, szersze niż wyższe. Spotykamy też kapliczkę z figurką Matki Boskiej. Czasami zapuszczamy się w tak wąskie i ciemne uliczki, że chyba w żadnym innym regionie świata nie odważyłbym się tam wejść. Trudno opisać charakter tej dzielnicy. Jest ona inna od reszty. Ta inność nie jest stworzona przez dwa kościoły czy kapliczkę. To mnóstwo detali, które choć same w sobie drobne, niezauważalne i nic nie znaczące w swojej masie tworzą właśnie ten klimat i nastrój. Całkiem jak z człowiekiem. Nagły przypływ gotówki i wypchany portfel pozwalający na kilka drogich zakupów nie spowoduje automatycznego awansu społecznego. Liczą się maniery, gesty, zachowanie, niuanse, kultura osobista, wiedza, elokwencja. Cała masa drobnostek, która odróżnia gentlemana od chama, człowieka zamożnego od dorobkiewicza, człowieka z klasą od prostaka. Tak samo dzielnica chrześcijańska w Damaszku. Te detale, to pochodna w różnicy między islamem a chrześcijaństwem, ubiory, architektura, urbanistyka, ludzie na ulicach. Wracając z dzielnicy chrześcijańskiej znów zahaczamy o suki. Znów przebijamy się przez kłębowiska kupców, przez stragany z atłasem i jedwabiem, przez kramy wielkiego kunsztu złotników, przez stoiska z figami i fistaszkami, poprzez mydlarnie i sklepiki z przyprawami, przez cukiernie i zakłady kotlarskie i bednarzy. Wychodzimy przejściem podziemnym w stronę Placu Męczenników. Po drodze zatrzymujemy się przy jednym ze straganów by spróbować owoców opuncji. Cały stragan wygląda jak jedno wielkie składowisko lodu, wśród którego zagrzebane są czerwone owoce wielkości śliwki. Niewielki cylindryczny owoc pokryty jest (z resztą jak i opuncja) tysiącami drobnych igiełek. Uliczni sprzedawcy znaleźli jednak i na to sposób. Uzbrojeni w gumowe rękawiczki wprawnym ruchem za pomocą specjalnego, ostrego nożyka nacinają skórkę wzdłuż tak by kupujący mógł sięgnąć po sam miąższ nie narażając się na pokłucie. Owoc smakuje całkiem dobrze. Trudno porównywać, może jak przejrzały agrest ? Wracając do hotelu nagabywani jesteśmy non-stop przez cinkciarzy. Śmieszne jest to, że widzą, że odmawiamy po kolei każdemu a jednak następni mimo to podchodzą i pytają się czy nie chcemy wymienić pieniędzy. Udaje nam się jednak spławić wszystkich. Zmęczeni, ale zadowoleni docieramy do hotelu. Na zewnątrz jest już zmierzch. Po powrocie, zanim pójdziemy na piętro spać siadamy na wiklinowych fotelach w patio by napić się szklaneczkę gorącej herbaty z liściem mięty w środku. Złocisty napój niczym ambrozja spływa w dół naszych gardeł. Oglądając międzynarodowych włóczęgów na sąsiednich miejscach przeglądamy wpisy do księgi gości. Śmiejemy się trochę czytając wpisy innych Polaków. W pewnej chwili podchodzi do nas niewysoki koleś o czuprynie Józefa Oleksego ubrany w biały kostiumik, gdyby spodnie i koszula były zielone, mógłby wyglądać jak chirurg i najczystszą polszczyzną pyta się nas czy jesteśmy z Polski. Oczy stawiamy w słup. Okazuje się, że przyjechał tu na wakacje ze swoją dziewczyną Patrycją, która studiuje arabistykę na UJ a od kilku tygodni zbiera materiały do pracy magisterskiej. Spędziła już kilka tygodni w Libanie, teraz przyjechała do Syrii by skorzystać ze zbiorów biblioteki Uniwersytetu Damasceńskiego. To niespodziewane spotkanie tchnęło w nas nowego ducha. Resztę wieczoru spędzamy w ich towarzystwie rozprawiając o Syrii, Arabach, Damaszku i wszystkim dookoła. Takie święto nie mogło się obejść bez rozpalenia fajki wodnej. Tomek wprawnym ruchem nabił i rozpalił metrowej wysokości fajkę. W kłębach dymu aromatyzowanego tytoniu, raz po raz pociągając ze specjalnego węża i wsłuchując się w bulgot wody szklanej bańce toczymy zażarte dyskusje do późnego wieczora. Kiedy już zmęczenie dało nam znać o sobie i wieczór chylił się ku nocy pożegnaliśmy się z naszymi niespodziewanymi towarzyszami i poszliśmy na górę do naszego materaca w niewykończonym pokoju na drugim piętrze. Nazajutrz czeka nas znów wczesna pobudka i podróż do Jordanii. Damaszek odwiedzimy jeszcze w drodze powrotnej. harom 2004-09-22 03:46:31 skomentuj (1) Wjezdzamy do Haszymickiego Krolestwa Jordanii. Wstajemy około piątej rano. Po cichutku schodzimy piętro niżej, by w metalowym zlewie o kształcie i rozmiarach małego brodzika od prysznica uczynić zadość porannej toalecie. Później szybkie śniadanko, herbata ugotowana na naszym naboju Camping Gaz i maca z konserwą. Wychodząc na poranny Damaszek nie słychać jeszcze gwaru i szumu dnia powszedniego. Bez problemu łapiemy taxi i każemy zawieść się na Baramke, jeden z 2 głównych dworców autobusowych w Damaszku. Z niego właśnie odchodzą autobusy na południe. Za kurs płacimy 50 funtów (1 USD). Na dworcu dopadają nas naganiacze. Okazuje się, że nie ma tak rano żadnego autobusu do Ammanu. Decydujemy się wziąć taxi. Ledwo przekraczamy bramę sąsiadującego z dworcem postoju a już dopadają nas kolejni naciągacze. Cały ciąg dziwnych, żółtych limuzyn czeka na swoją kolej. W jednej z nich już jest dwoje pasażerów, brakuje tylko dwójki, żeby można było ruszyć. Cena 1000 funtów, czyli 20 dolarów za dwie osoby. Pierwszy raz będziemy jechali taxi dalej niż kilka kilometrów. W sumie straszne z nas burżuje, bo kto w Polsce pozwoliłby sobie np. na kurs z Krakowa do Bratysławy taryfą ? Ale tu jest Bliski Wschód, realia są zupełnie inne. Nasza taksówka to stary amerykański krążownik szos. Na zewnątrz długi i szeroki niczym policyjne auta z filmów z lat 70-tych. W środku skórzane fotele, automatyczna skrzynia biegów. Siedzimy na tyle i oglądamy okolicę. Wyjeżdżamy z miasta bez większych problemów. Poranny szczyt jeszcze się nie zaczął. Droga w stronę Jordanii prowadzi przez tereny półpustynne. Otoczenie na zewnątrz staje się bardzo monotonne. Mija około półtora godziny od wyjazdu z Damaszku, kiedy docieramy do granicy. Syryjskie przejście graniczne przypomina to z granicy tureckiej. Wielkie obszerne, z kilkoma peronami po środku i mnóstwem różnych budynków po bokach. Zatrzymujemy się przy jednym z nich. Wysiadamy i powtarza się znana nam sytuacja z poprzedniego przejścia. Wielki hall, w głębi szereg okienek. Podchodzimy do sekcji dla obywateli innych Państw. Krótkie sprawdzenie paszportów, wklepanie danych do komputera i szereg stępli w paszporcie. Wsiadamy do taxi z powrotem i jedziemy w stronę Jordanii. Tu przejście ma zupełnie inny cywilizowany wygląd. Celnicy i ich uniformy są tak skrojone i zaprojektowane, że w niczym nie przypominają wojskowych. Przystajemy przed budynkiem odpraw. Czysto, przyjemnie, porządek w środku. W kantorze na miejscu wymieniamy 50 USD. Tu kurs jest zupełnie inny niż w Syrii. Jeden Dinar Jordański to około dolara i piętnastu centów. Podchodzimy do okienka, gdzie sprzedają wizy. Od ręki dostajemy do paszportu kolejną „falującą” wizę. Jeszcze tylko odprawa paszportowa i „Witamy w Haszymidzkim Królestwie Jordanii”. Nasza taksówka przechodzi jeszcze dokładne oględziny celnika. Obstukuje on wszelkie możliwe punkty, patrzy czy nie ma jakiś tajnych ukrytych skrytek. Na szczęście procedura ta nie trwa długo i wkrótce ruszamy w dalszą drogę. Jordania to kraj równie pustynny, co Syria. Jadąc The King Highway, czyli główną drogą prowadzącą z północy kraju poprzez stolicę Amman aż do Morza Czerwonego dostrzegamy jednak wyraźne różnice. I nie chodzi nam o to, że wszechobecne w Syrii portrety Hafeza i Baszara Al-Sadatów zostały zastąpione portretami nieżyjącego już króla Husaina i obecnie panującego jego syna Hassana III. Kraj na pierwszy rzut oka wydaje się bardziej zorganizowany, mniej podporządkowany regułom Islamu. Nie znaczy to oczywiście, że jest zupełnie oderwany od religii, bo nawet do świeckiej Turcji brakuje mu pod tym względem wiele. Z granicy do Ammanu jest nie dalej niż 90 kilometrów, więc droga mija szybko. Ani się obejrzeliśmy a znajdujemy się na przedmieściach stolicy Jordanii. Miasto to jest niesamowite. Jordańczycy powinni mieć przydomek „kopacze”. Cały Amman położony jest na niesamowitej ilości wzgórz. Zabudowa wżyna się głęboko w skały. Na zboczach porobiono coś na kształt półek skalnych, którymi przeprowadzone są ulice i wybudowane domy. Zwarzywszy na to, że zbocza są potwornie strome, fasada budynku może mieć od frontu 8 pięter a z tyłu już tylko dwa. Wszystkie wzgórza to właściwie pasma ciągnące się równolegle tak, że przypomina to trochę falisty eternit. Wygląda to niesamowicie. Podczas, gdy nasza taksówka przeciska się przez strome podjazdy i kręte serpentyny my rozglądamy się jak dzieci w lunaparku. Niektóre domy sprawiają wrażenie, że całe są wykute w skale i tylko ściana frontowa została wybudowana. Jesteśmy naprawdę pod wrażeniem. Po pół godzinie kluczenia docieramy do dworca. Pierwsze zadanie, to znaleźć hotel, zrzucić plecaki i udać się na spacer na miasto. Amman nie ma wielu zabytków, więc jest tylko przystankiem na naszej drodze i jeden dzień nam w zupełności wystarczy na zobaczenie tego, co zaplanowaliśmy. Zanim jednak zabierzemy się za szukanie hotelu wstępujemy do kawiarni, by spokojnie poczytać, co w przewodniku Lonley Planet mają do powiedzenia na ten temat. W kawiarni jest pusto, jesteśmy pierwszymi klientami. Zamawiamy kawę. Po chwili kelner przynosi nam dwie filiżanki i mały rondelek ze stali nierdzewnej pełen aromatycznego napoju. Rondelek wygląda komicznie, bo to coś na kształt kubka od herbaty z nieproporcjonalnie długa rączką, niczym od patelni. Wlewamy do filiżanek mocną czarną kawę parzoną na tutejszy sposób z kardamonem. Delektując się tym napojem bogów ustalamy marszrutę. Po kilkunastu minutach, kiedy rondelek jest już pusty a nasze powieki nie trzeba już podtrzymywać zapałkami, z obmyślonym planem działania ruszamy na podbój Ammanu. Schodzimy kilka kilometrów w dół ulicy. Trafiamy na dzielnicę w pobliżu suków, gdzie bez trudu znajdujemy jeden z opisywanych w Lonley Planet hoteli. Wchodzimy do środka. Czekając na kogoś w recepcji zagadujemy jednego z turystów, który stal obok. Jest Belgiem podróżującym po krajach arabskich od jakiegoś czasu. Koleś jest sympatyczny. Z wyglądu troszkę miśkowaty, ale nie krępy. Zamieniamy kilka słów więcej zanim przychodzi recepcjonista. Po załatwieniu kilku prostych formalności i opłacie 7 JD (ok. 8 USD) udajemy się windą na 7 piętro, po czym schodami jeszcze piętro wyżej na dach. Jak nie trudno się domyślić budynek od frontu ma 8 kondygnacji, a od tyłu około 3. Patrząc w górę możemy zobaczyć kolejną półkę skalną na jeszcze większej wysokości. Dach hotelu oględnie mówiąc nie jest szczytem marzeń. W jednym rogu stoją jakieś porozwalane drewniane stoły i krzesła. Po lewej stronie sterta materacy. Te znajdujące się na samym dole wyraźnie zbutwiałe. Wszystkie są niemiłosiernie brudne i lepiące się. Schodzimy zobaczyć łazienkę. Jest równie zaniedbana, co materace. Mała ciasna z wyraźnym zapachem stęchlizny. W ubikacji dziura kloaczna zamiast sedesu. Hmm, przynajmniej nie złapiemy żadnej zarazy, bo trzeba będzie załatwiać się „na narciarza” a to jak wiadomo nie dopuści do kontaktu ciała z nieczystą deska klozetową J. Zdegustowani warunkami tu panującymi cieszymy się, że to tylko jedna noc. Ruszamy na miasto. Z początku dochodzimy do głównej ulicy, którą udajemy się w dół. Po drodze mijamy coś na kształt suków. Nie są zadaszone jak te w Aleppo czy Damaszku, ale ilość i różnorodność kramów i kramików taka sama. Różnica polega na tym, że są one przy dość ruchliwych ulicach. Nie zatrzymujemy się tu zbyt długo, idziemy dalej w stronę rzymskiego amfiteatru. Mijamy po drodze jeszcze jakiś fragment antycznych ruin z czasów Rzymu. Po kilkunastu minutach spaceru stajemy u podnóża ogromnego amfiteatru. Jego ogrom nas poraża. Kupujemy za 1 JD (1,15 USD) bilety wstępu i wchodzimy do środka. Amfiteatr składa się z trzech „pięter”. W każdym z nich po piętnaście rzędów pólek do siedzenia, czyli w sumie 45 wielkich półkolistych tarasów. Mój aparat nie jest w stanie z dołu objąć najwyższych rzędów. Licząc skromnie pół metra na półkę to najwyższe znajdują się na wysokości 5 piętra. Po wyślizganych stopniach wchodzimy na górę Musimy bardzo uważać, bo przez tysiące lat powierzchnia schodków została wypolerowana jak lastriko. Dodatkowo krawędzie są pozałamywane i poszczępione. Widok, jaki roztacza się z ostatniej półki wynagradza nasz wysiłek z nawiązką. Po drugiej stronie widzimy zbocze góry wraz z kilkoma zabudowanymi tarasami. Na szczycie w oddali na wielkim maszcie łopocze na wietrze flaga Jordanii. Musi byś olbrzymia, chyba rozmiarów boiska piłkarskiego albo jeszcze większa. W dole dostrzegamy ruchliwą ulicę i ludzi krzątających się jak mróweczki. Siedzimy i napawamy się tym widokiem, kiedy na dół na scenę wchodzi grupa dzieciaków. Rozbiegają się hałaśliwie we wszystkie strony. Po chwili zabawy wszystkie grzecznie i karnie zasiadły w pierwszych rzędach. Towarzyszący im nauczyciel zaczął coś opowiadać. Aż trudno uwierzyć, ale siedzimy kilkadziesiąt metrów od niego a słyszymy jego każde pojedyncze słowo. Dokładnie wszystko. I nie jest to głos podniesiony. On po prostu mówił do dzieci normalnym tonem. Teraz już rozumiemy cud akustyki antycznych amfiteatrów. Wiemy, dlaczego mimo braku mikrofonów i nagłośnienia przedstawienie mogło być podziwiane przez tysiące widzów. To niesamowite, nie możemy wyjść z podziwu przez dłuższy czas. Schodzenie w dół amfiteatru to jeszcze większe wyzwanie niż wchodzenie. Kiedy idziesz schodami w górę stawiasz mocno nogę i czując solidne podparcie dźwigasz cały ciężar ciała. Schodząc niestety zakroczna noga nie jest w stanie zrekompensować utraty pozycji jeśli wykroczna się poślizgnie. Wypolerowane schody amfiteatru stanowią idealną powierzchnię by wywinąć orła. Udaje nam się jednak dotrzeć na dół bez szwanku. Po obu stronach sceny amfiteatru zorganizowane są sale muzealne. Wstępujemy tam po drodze. Sale poświęcono głównie zbiorom etnograficznym z terenu Jordanii. Oglądamy obóz Beduinów na pustyni, ich powłóczyste szaty i tymczasowe namioty. Widzimy różne wykonane ze skóry bukłaki na wodę, kolorowe narzuty robiące za na krycia wielbłąda. Widzimy też wielką lektykę dla możnowładcy podróżującego wielbłądem. Są też zbiory naczyń i przedmiotów codziennego użytku a także oręże. Wszystko bardzo piękne i precyzyjnie wykonane. Z resztą nie tylko w tym muzeum, ale przy każdej okazji naszą szczególną uwagę zwracał kunszt i ogromna liczba detali każdego z wytworów arabskich rzemieślników. Muzeum, choć niezbyt obszerne, jednak okazało się interesujące. Tuż obok znajduje się jeszcze jeden amfiteatr. Przy swoim gigantycznym sąsiedzie wygląda jak domek dla lalek. Zaledwie kilka rzędów ławek i niewielka półkolista scena. Spędzamy tam nie więcej niż kwadrans i ruszamy w drogę powrotną do hotelu. Na trasie naszego powrotu spotykamy tą część suków, gdzie rozlokowali się jubilerzy. Niesamowite wrażenie bogactwa złota, drogocennych kamieni, kolii, łańcuszków, pierścionków, sygnetów, kolczyków i innych kosztownych gadżetów w zetknięciu z brudnymi ulicami, ubogo odzianymi przechodniami ogólnym hałasie i zgiełku. Inna sprawą wydają się być zabezpieczenia. Przyzwyczajeni do jubilerów zamkniętych w strzeżonych centrach i galeriach handlowych, gdzie nie tylko towar, ale i wystrój sklepu ocieka przepychem i dużymi pieniędzmi mamy dziwne uczucia patrząc na takie bogactwo wystawione w małych, niczym zakład zegarmistrzowski kantorkach z okami i witrynami wychodzącymi wprost na ulicę o wystroju dość przeciętnym, jawnie kontrastującym z eksponowanym towarem. Popołudniowy upał potwornie nas zmęczył. Nie minęło wiele czasu jak wróciwszy z miasta zasnęliśmy na naszym dachu. Popołudniowa drzemka pozwoliła zregenerować siły. Przebudziwszy się około 16 postanawiamy sprawdzić reklamowany dostęp do Internetu w hotelowym hallu. Rzeczywiście, w kącie stoją komputery, sztuk dwie. Zamieniamy kilka słów z recepcjonistą i dostajemy tajne hasło. Odpalamy komputer, nie pierwszej już młodości z Windowsem 98 na pokładzie i po chwili dzięki połączeniu Dial-up już jesteśmy podpięci do światowej pajęczyny. Udaje nam się nawet wbić na IRC #garbus J. Szybciutko sprawdzamy pocztę, zamieniamy kilka słów ze znajomymi i uciekamy zwiedzać dalej. Całe 3 kwadranse na Internecie kosztują nas 0,75 JD (0,85 USD). Osobną ciekawostką jest obsługa Windowsa z „falującymi” znakami na pokładzie. Duże wyzwanie stanowi klawiatura. Jeśli na jednym klawiszu jest literka w alfabecie łacińskim, arabskim, rosyjskim i chińskim na klawiaturze panuje taki bałagan i chaos, że nie trudno się pogubić J. Idąc na popołudniowy spacer szczególną uwagę zwracamy na zabudowę. Wciąż fascynują nas te domy wgryzające się w skały. Teraz właśnie przyszła nam myśl, że przez całą drogę praktycznie siedliska ludzkie były tam, gdzie teren był górzysty. Na płaskim praktycznie nie widzieliśmy w Jordanii żadnych osad. Włócząc się tak po mieście docieramy na wzgórze leżące naprzeciw amfiteatru. Teraz możemy podziwiać dzieło Rzymskiego geniuszu w całej okazałości. Jest przepiękne. Z tej perspektywy, pozwalającej objąć wzrokiem całość budowla ta nabiera dodatkowego czaru. To właśnie teraz, gdy można objąć wzrokiem cały kompleks wraz ze wzgórzem, w którego skalnym zboczu wyciosano widownię, z małym sąsiadem u boku i budkami z biletami u podnóża dociera do nas jaki ogrom pracy musiało kosztować ręczne wykonanie czegoś tak gigantycznego. Dodatkowo ta harmonia kształtów, konsonans, zgranie z otoczeniem. Spędzamy dobre kilka minut spoglądając na amfiteatr, po czym udajemy się w drogę powrotną. Po drodze docieramy do sklepiku, gdzie można było się czegoś napić. Kupuję szklankę napoju kokosowego, podczas gdy Ula patrzy przez szybę na witrynę chłodniczą, gdzie znajduje się desery na pierwszy rzut oka również na bazie kokosu. Na małych deserowych talerzykach leżą kawałki galaretowatej w formie substancji, o białym kolorze polane czymś przypominającym syrop i posypane wiórkami kokosowymi. Ula widocznie znów musiała mieć wzrok wygłodzonego dziecka z Etiopii, gdyż obsługujący stoisko Arab oderwał od wielkiej galaretowatej białej masy spory kawałek, polał syropem, posypał wiórkami i wręczył Uli bez słowa J. Tego dnia włóczymy się po mieście do wieczora oglądając lokalne suki. Jeśli Polska to kraj 1001 potraw z ziemniaka, to Jordania jest krainą 1001 potraw z fasoli. Dodatkowo ilość gatunków, które widzimy na straganach jest dla nas sporą nowością. Spotykamy stragany, gdzie poukładane jest obok siebie ze dwadzieścia różnych gatunków fasoli. Są małe czarne ziarnka, są nieco większe, różowawe nakrapiane czarnymi plamkami niczym jajka przepiórki, jest fasolka szparagowa, jest coś na kształt znanego w Polsce „Jasia” i mnóstwo, mnóstwo innych. Kiedy słoneczko powoli chyli się ku zachodowi kierujemy się ku hotelowi. Na recepcji prosimy jeszcze portiera, by „falującymi znakami” napisał nam na kartce nazwę dworca, z którego odchodzą minibusy nad Morze Martwe. Idziemy na „nasz” dach, wyjmujemy specjalnie przygotowane na eskapadę dwa zszyte ze sobą prześcieradła. Kładziemy jedno na materacu i zawijamy się w drugie. Zasypiamy patrząc na tysiące gwiazd, migoczących nad nami na bezchmurnym niebie. Świeże powietrze i intensywnie spędzony dzień robią swoje. Śpimy jak susły. harom 2004-09-23 02:58:48 skomentuj (0) Amman -> Morze Martwe -> Amman ->Petra Dzień zaczyna standardowa rutyna. Rozkładamy kocher, przykręcamy palnik do naboju Camping Gazu, gotujemy wodę na herbatę robiąc w międzyczasie śniadanie z arabskiej macy i zawartości kolejnej konserwy stosując jako podkład topiony serek. Weszło nam to już w krew, podobnie jak szybkie i dokładne pakowanie plecaków. W sumie rano nie potrzebujemy więcej niż 3 kwadransów na umycie się, zrobienie śniadania, zjedzenie, posprzątanie i pomycie po śniadaniu, spakowanie plecaków i wyruszenie w drogę. Dziś obieramy kurs na największą depresję na Ziemi, leżące 343m p.p.m. Morze Martwe. Żółta taksówka wiezie nas na dworzec, skąd odchodzą minibysy. Za ustaloną z góry cenę 1 DJ (1,15 USD) kluczymy po mieście co rusz wspinając się pod jakieś niebotycznie strome ulice, by później gnać na złamanie karku w dół. W sumie, cena ustalona, to nie zależy nam czy jedziemy naokoło czy nie. W końcu docieramy na dworzec. W Ammanie, podobnie jak w Damaszku, są dwa główne dworce autobusowe. Ten, na który przyjechaliśmy z Syrii przeznaczony jest dla komunikacji z północą i wschodem. Obecnie znajdujemy się na dworcu „specjalizującym się” w połączeniach z zachodem i południem kraju. Natychmiast dopada nas tłum naganiaczy. Lekko tracimy głowę i zamiast się dobrze rozejrzeć dajemy się namówić na pierwszy napotkany minibus. Wsiadamy, standardowo plecaki lądują na kolanach. Chwilę później mamy już komplet pasażerów, więc ruszamy w drogę. Nie kluczymy zbyt długo ulicami Ammanu, kiedy na zjeździe z drogi szybkiego ruchu jesteśmy świadkami ciekawej sceny. Jadąca za nami szarym sedanem kobieta najwyraźniej nie mogła się zdecydować czy zjeżdżać na serpentynę czy jechać dalej prosto, w wyniku czego wjeżdża centralnie na środek wysepki a następnie na znajdujące się tam metalowe barierki, gdzie zawiesza się na podwoziu.. Zarówno nasz bus, jak i kilka innych samochodów momentalnie się zatrzymują, po czym wybiega z nich cała armia Arabów i wspólnymi siłami dosłownie zdejmują samochód z metalowych taśm stawiając go na kołach. Wszystko dzieje się tak szybko, jakby mieli już to przetrenowane niejednokrotnie. Zamieniają kilka słów z kobietą, która w tym czasie dzwoni gdzieś z komórki, a następnie jakby nigdy nic, cała brać wraca do samochodów i kontynuuje podróż dalej. Rusza również nasz bus. Wyjeżdżając z Ammanu nie widzi się żadnych rewelacji. Jedynie od czasu do czasu na przeciwległej nitce drogi stoi patrol wojskowo – policyjny. Wygląda to tak, że obok pomalowanego w „moro” transportera opancerzonego stoi radiowóz oraz 2 żołnierzy i 2 policjantów. Nawet nie spostrzegliśmy ile czasu jedziemy, kiedy nasz bus staje, a „miła” obsługa mówi nam, że tak naprawdę oni nie jadą nad Morze Martwe, tylko jechali w jego kierunku i właśnie tu odbijają a pozostałe kilkanaście km musimy pokonać innym autobusem. Wysiadamy na środku dosłownie niczego. Wokół nas księżycowy krajobraz i jałowa ziemia bez najmniejszego śladu zieleni. Jesteśmy na skrzyżowaniu, gdzie do drogi, którą jechaliśmy dochodzi jakaś inna, boczna asfaltowa. Naprzeciwko nas lokalna knajpa. Na rogu nieduży sklep z dużym, zadaszonym i ogrodzonym murkiem, wybetonowanym placykiem. Pytamy się, kiedy będzie jakiś transport dalej. Praktycznie nikt nic nie wie. Padają odpowiedzi, że może za dwie godziny. Co gorsza, minibusy ruszają zazwyczaj pełne i może akurat nikt nie wysiądzie po drodze, więc też nie wiadomo czy się zabierzemy. Ula w międzyczasie próbuje łapać okazję. Kiepsko, dziś jest piątek dzień wolny od pracy w krajach arabskich. Mało co jeździ po drogach, a to co jeździ nie bardzo chce zabierać autostopowiczów. Jakiś lokalny zwyczaj, cały tydzień bardzo chętnie, ale nie w piątek. W naszym przypadku i tak nie ma większego znaczenia, bo moglibyśmy się spokojnie położyć na tym skrzyżowaniu i ….. umrzeć z głodu. Taki ruch panuje. Na poprawę humoru a może z rozpaczy kupujemy sobie paczkę chipsów i colę, Chyba bardziej dla draki, bo wszystko jest w „falujących znakach”. Na takim bezsensownym czekaniu schodzi nam około 45 minut, kiedy od strony Ammanu przyjeżdża wreszcie bus. Mamy sporo szczęścia, bo wysypuje się z niego cała masa ludzi chcących dostać się do wioski, do której podążył nasz poprzedni środek transportu. Ładujemy się do środka, płacimy kolejnego Dinara i jedziemy już do celu. Nie przejeżdżamy jednak więcej niż pięć kilometrów, kiedy zatrzymują nas żołnierze. Uzbrojony patrol z odbezpieczonymi „kałasznikowami” wpada do środka i zbiera wszystkie paszporty. Na nasze praktycznie nie zerkają. Nie wiem czy to siły rozjemcze ONZ czy też w ramach jakiejś innej organizacji działają, ale na pewno nie byli to Jordańczycy. Sytuacja powtarza się jeszcze dwukrotnie zanim docieramy do kurortu „Amman Beach”. „Amman Beach” to jedyny w tej części Morza Martwego i najbliższy publicznie dostępny kawałek plaży. W pobliżu znajdują się jeszcze zamknięte ośrodki prywatne lub należące do hoteli np. Mariott. Mówiąc w pobliżu nie mam na myśli niczego, co jest bliżej niż 5 km. Wchodzenie do Morza Martwego na dziko, to dopiero wyzwanie. Jeśli już udałoby się znaleźć miejsce, które w skalistym otoczeniu nadawałoby się do tego by zejść do wody, to zawsze trzeba się liczyć, że któryś z partoli wojskowych wziąłby Cię za dywersanta i odstrzelił dupsko. Od miejsca, w którym zobaczyliśmy Morze Martwe z okien mikrobusa wszystkie miejsca gdzie skały nie schodzą pionowo w dół były zabezpieczone zasiekami z drutu kolczastego. Wszak to obszar, na którym co rusz ganiają się Żydzi z Arabami. Na koniec pozostaje tak prozaiczna kwestia, jak brak prysznica, którym możnaby spłukać solankę z ciała. Na szczęście nie mamy takich dylematów i nie próbujemy za wszelką cenę robić wszystkiego by tylko nie płacić za bilety wstępu. Choć musimy przyznać, że cena jest równie słona jak woda w Morzu Martwym. Płacimy za wejście 8 DJ, czyli około 9,2 USD. W cenie dostajemy ręczniki. Plaża ma może 150 metrów, może 200 metrów szerokości. Do samej wody sięga czyściutki biały piasek. Na terenie ośrodka jest restauracja, dwa czy trzy plażowe bary. Siadamy w cieniu pod palmą, by nie spiec ramion. To chyba jedna z najgorszych rzeczy, jaką moglibyśmy sobie zafundować, czyli plecaki na spieczonych ramionach. Patrzymy z podziwem jak przed nami ludzie dosłownie siedzą na wodzie. Po chwili idę pierwszy spróbować jak to jest pływać w solance o tak dużej sile wyporu. Wchodzę niepewnie. Od razu przy brzegu trafia się na muł. Dodatkowo jest mnóstwo dość sporych kamieni wielkości mniej więcej ziemniaka. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Staje się na kamieniu, albo zapada po kostki w mule. Jak tylko udaje mi się dostać do wody po kolana od razu siadam, bym nie musiał iść dalej. Uczucie dziwne. Tak jakby weszło się do jakiejś bardzo ciepłej, gęstej zupy. Kiedy dostaję się na nieco głębszą wodę podkurczam nogi. Momentalnie wypycha mi uda do góry i przyjmuję pozycję, którą ma większość pływających. Wygląda to jak pozycja na fotelu dentystycznym, czy leżaku plażowym. Nic tylko gazetę do ręki. Jeśli człowiek nie robi gwałtownych ruchów jest to nawet komfortowe. Gorzej, gdy przewrócimy się na brzuch próbując płynąć. Woda wypycha cię na zewnątrz, przez co ciężko jest utrzymać nad wodą jedynie ramiona i głowę, bo równie silnie wypycha nogi jak i brzuch. Tragedią jest napicie się nieopatrzne wody z Morza Martwego. Wystarczy kropla, która wpadnie do ust a człowiek się czuje, tak, jakby zjadł beczkę soli. To, co ja zrobiłem było chyba największą moją głupotą, na jaką mogłem się zdobyć. Spróbowałem zanurkować. Zawszę robię to z otwartymi oczami, więc automatycznie zrobiłem to i teraz. Po pierwszych 3 setnych sekundy wiedziałem, że jestem skończonym idiotą. Solanka, która dostała mi się do oczu pali żywym ogniem. Czuję się jakby mi ktoś sypnął łopatą piasku prosto w oczy. Nie mogę ani na sekundę otworzyć powiek, bo ściekająca z włosów i głowy woda pogarsza tylko sytuację. Trzymając mocno zaciśnięte powieki kieruję się w stronę brzegu. Próbując jak najszybciej dopłynąć wlewam jeszcze sobie solankę do buzi. Pluję i prycham jak kot próbujący wypluć kłaczka. Kiedy już mogę stanąć na nogi próbuję jak najszybciej dojść pod prysznic. Niestety noga co rusz ześlizguje się z jakiegoś kamienia prosto w muł, przez co raz po raz tracę równowagę upadając na twarz do wody. Co chwilę na sekundę próbuję otworzyć oczy by zobaczyć kierunek i odległość, jaka mnie dzieli od prysznica. Potykając się i upadając wchlapuję sobie kolejne porcje solanki do i tak potwornie piekących oczu. Czasami udaje mi się podeprzeć rękami. Niekiedy z pośpiechu kopnę w podwodny kamień. Sycząc z bólu docieram w końcu do specjalnego grzybka, z trzonka którego wystają cztery końcówki prysznica. Uff, jestem uratowany. Długo zmywam sól z włosów i ciała. Kiedy już mam pewność, że nie leci mi po twarzy nic słonego decyduję się na wymycie oczu. Jestem zły sam na siebie. Przez własną głupotę, i brak wyobraźni mogłem sobie popsuć oczy a na dodatek potwornie sobie pokaleczyłem palce u stóp bezustannie kopiąc o podwodne kamienie. Pomna moich gorzkich doświadczeń Ula, nie testuje nurkowania w Morzu Martwym. Ani z otwartymi, ani z zamkniętymi oczami J. Tego dnia jeszcze po dwa razy kapiemy się w tym najniżej położonym i najbardziej zasolonym akwenie na Ziemi. Nie zdecydowaliśmy się wysmarować mułem o ponoć zdrowotnych właściwościach jak to robią niektórzy. Obserwujemy za to, w jaki sposób zażywają kąpieli arabskie kobiety. Otóż wchodzą do wody dokładnie tak jak stoją. Dla nas to bardzo śmieszny widok, jak cała zawinięta od stóp do głów Arabka pływa w morzu. Z resztą nie tylko te zawinięte w czadory kąpią się w ten sposób. Widzimy również kobiety w spodniach, bluzkach i chustach na głowie. Co bardziej jeszcze nas bawi, niezależnie w co są pozawijane zawsze po wyjściu z wody dokładnie spłukują ubranie pod prysznicem J. Oprócz nas na plaży jest jeszcze jedna grupa Europejczyków, prawdopodobnie Duńczycy, dwie pary. Jedna z dziewczyn ma dość skąpe różowe bikini. Po wyjściu z wody cienki materiał dokładnie przywiera jej do piersi wydatnie eksponując sutki. Nie wiemy dokładnie, co wszyscy okoliczni Arabowie sobie o tym myślą, ale odprowadzają ją wzrokiem najpierw pod prysznic a później aż do miejsca, w którym biwakują J. Popołudnie się zaczęło chylić ku końcowi a my mamy jeszcze wrócić do Ammanu i złapać stamtąd transport do Petry. Zbieramy się z plaży i próbujemy złapać jakiegoś stopa. Niestety, piątek po raz kolejny daje znać o sobie. Nie jesteśmy sami. Razem z nami koczuje 4 osobowa rodzina na pierwszy rzut oka, jakiegoś Filipińskiego pochodzenia. Są potwornie sympatyczni i cały czas się z czegoś śmieją. A to z nas, a to z naszego położenia, a to sami z siebie nawzajem. Przynajmniej raźniej nam się czeka. Po godzinie spędzonej na wyschniętym na pieprz, jałowym pustkowiu udaje nam się złapać minibusa. Na szczęście kierowca zdecydował się wyjechać tylko z kilkoma pasażerami, bo cała nasza szóstka znajduje miejsce. Uff, mijamy jeszcze tylko posterunki, łapiemy drzemkę do samego Ammanu. Po dotarciu na dworzec, łapiemy na spółkę z jeszcze jednym Arabem taksówkę do „downtown’u”. Musimy zjeść coś treściwego, bo do Petry jest około 250 km. i nie wiemy, czy coś będziemy jeszcze w stanie kupić. Po krótkim rekonesansie znajdujemy knajpkę przypominającą nieco Europejskie fastfoody. Wystój i wygląd podobny jak w McDonaldzie, KFC, czy innym BurgerKingu. Zamawiamy zestawy z frytkami i jakimś napojem. Za dwie osoby płacimy 3,35 DJ (3,85 USD). Posiliwszy się łapiemy taxi na dworzec. Okazuje się, że to to samo miejsce, na które przyjechał minibus. Niepotrzebnie robiliśmy kurs do miasta, mogliśmy zjeść na miejscu i zaoszczędzić na taxi. Ale cóż. Szukamy transportu do Petry. Ze znalezieniem transportu nie ma większego problemu. Stoi autobus za 4 DJ/os lub taxi za 5 DJ od osoby. Autobus jedzie około 5 godzin wjeżdżając do wszystkich osad po drodze, taxi niecałe 3. Autobus odjedzie, jak znajdzie się conajmniej 12 osób. Z nami byłoby 6. Taxi jedzie z 4 osobami, a że już jeden chętny jest brakuje tylko jednej osoby. Problem jest natomiast, że jest piątek i ludzie po prostu dziś nie podróżują. Dworzec świeci pustkami. Czekamy na jakiś chętnych. W międzyczasie kierowca jednego z autobusów urządza sobie koncert na klaksonie. Trąbi przerywanym sygnałem około 20 minut. Kolejne 20 po prostu trzyma rękę na klaksonie i akompaniuje sobie raz po raz wprowadzając silnik na niebotycznie wysokie obroty. Można dostać dosłownie kręćka. Chyba po raz pierwszy podczas tej podróży Arabowie wzbudzają moją agresję. Mam ochotę wstać i pójść mu przygrzmocić w ten głupi łeb. Oczekiwanie się niemiłosiernie przeciąga. W autobusie dopiero zebrało się 8 osób a czekamy już dobrze ponad godzinę. W końcu decydujemy się jechać bez kolejnego pasażera. Kierowca schodzi z ceny do 3 DJ za brakującego współpasażera. Zrzucamy się po 1 DJ od osoby i ruszamy. Mimo piątkowego bezruchu wydostanie się z miasta zajmuje nam trochę czasu. Siedząc wygodnie na tylniej kanapie rozglądam się po środku. Na plastikowej „tapicerce” drzwi znaczek „LG”, na szybach znaczek „LG”, na oparciu od kanapy znaczek „LG”. Co za czort, myślę. No ale nic, jedziemy dalej. W międzyczasie wdajemy się w rozmowę z kierowcą i naszym współpasażerem. Kierowca, śniady dobrze zbudowany gość po 40-ce, sprawia wizualne wrażenie Araba, jakich znamy z TV. Ubrany w dobrze skrojone spodnie i koszule prezentuje się niemal jak businessman ze wschodu. Nasz współpasażer, również śniady w koszulce polo i seansach, krótko obcięty, a jednocześnie czoło łagodnie mu przechodzi w kark. Obaj sprawiają wrażenie ludzi światłych i obytych. Niestety rozmowa wchodzi na niebezpieczne tematy. Jak ognia staram się unikać rozmów o religii i polityce, a tu zostaje wciągnięty w rozmowę o Ameryce i Bushu. Staram się jakoś wybrnąć z tego mówiąc, że w Polsce jak i wielu innych krajach zwykli ludzie nie popierają ślepo każdego wyczynu polityków. Na szczęście skaczemy z tematu na temat i szybko przechodzimy do innych bardziej przyziemnych kwestii. W ten sposób mija nam połowa drogi przez pustynie. Jedyne, co się zmienia za oknem, to kolor nieba i czasami kolor otaczających nas kamieni. Czasami jest mniej czasami bardziej czerwonawy. Mniej więcej w połowie drogi zajeżdżamy do przydrożnego baru. Siadamy przy stoliku ze współtowarzyszami podróży i wychylamy szklaneczkę pysznej herbaty. To, czego nauczyliśmy się w tej podróży, to na pewno jest picie gorącej herbaty, gdy jest upał. Fantastycznie gasi pragnienie. Rozmawiając tak o wszystkim i niczym zagaduje w końcu naszego kierowcę o markę samochodu. Z dumą rozpierającą jego masywną pierś odpowiada „Samsung”. O tej marce dla samochodu jeszcze nie słyszałem. Spędzamy w sumie około pół godziny na tej pogawędce i ruszamy dalej. Słońce powoli chyli się ku zachodowi i momentalnie robi się ciemno. W tak zwanym międzyczasie rozmowa schodzi na to czy mamy się gdzie zatrzymać w Petrze. Opowiadamy kierowcy o hotelu, do którego zmierzamy. Z iście arabską szczerością odpowiada, że to się fantastycznie składa, bo hotel ten prowadzi jego rodzina. Po chwili dowiadujemy się, że w sumie cała osada to jego rodzina. No tak, w sumie wszyscy Arabowie to jedna wielka rodzina. I jak to w rodzinie, różnie bywa, tłuką się między sobą jak przystało. Nasz kierowca wyjmuje jednak komórkę, gdzieś dzwoni i po chwili z triumfem w głosie oznajmia nam, że właśnie dzwonił do hotelu i mają dla nas miejsce J. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewaliśmy. Do Wadi Musa, niewielkiej osady oddalonej od Petry o kilka kilometrów docieramy, gdy już jest ciemno. Nie przeszkadza nam to zauważyć, że położona jest jak i inne Jordańskie osady na zboczach łańcuchów górskich. Wjeżdżamy taxi pod sam hotel, gdzie pięknie dziękujemy i żegnamy się z kierowcą. Przed oczami mamy bardzo obiecującą perspektywę. Wąska dróżka, przy której leży hotel to praktycznie półka skalna. Po jednej stronie pionowa ściana w górę. Po drugiej, tuż nad dość dużą stromizną opadającą w dół widzimy pięknie rozstawiony „ogródek”. Pod kolorowym płóciennym zadaszeniem rozstawiono duży, długi stół. Wokół niego jedna wielka kanapa biegnąca prawie dookoła. Obok stoi kilkanaście stolików z krzesełkami. Wszystko wokoło podświetlone dziesiątkami żaróweczek. Uff, oczka nam się zaświeciły. Dziś rano byliśmy w Ammanie, później wystawialiśmy się na intensywne słońce nad Morzem Martwym, następnie męcząca podróż. Chyba należy nam się nieco dobrego J. Wchodzimy do recepcji. Dość przystojny, ubrany w jeansowy mundurek Arab, mający na oko 35-40 lat wita nas uśmiechem od ucha, do ucha. Pytamy się o miejsce na dachu. - Tak, mamy – odpowiada – 7 Dinarów. - Ile ? – momentalnie nas postawiło na nogi. Przecież to dosłownie cena jak z kosmosu. - A skąd jesteście ? – słyszymy zamiast odpowiedzi. - Z Polski. - A jak z Polski, to tylko 5 Dinarów. A z jakiego miasta – ciągnie konwersację nasz gospodarz - Z Warszawy – odpowiadamy. Choć nie jest to zgodne z prawdą jeśli Arab ma znać jakieś miasto w Polsce, to prędzej stolicę niż Skarżysko, czy Legnicę. - A jak z Warszawy to macie specjalny rabat. 3 Dinary. I tak właśnie za dwie osoby na dachu Valentines Inn zapłaciliśmy 3 JD (3,45 USD). Schody na dach prowadziły na zewnątrz hotelu. Można było też wejść klatką schodową, która prowadzi na piętra, gdzie były normalne pokoje hotelowe, ale te metalowe schody przeciwpożarowe były „szybsze”. Na górze dość spora płaska przestrzeń. Na środku metalowa „klatka”, która normalnie przykrywana jest słomą, by dać koczującym tam trampom trochę cienia. Tym razem słomy jednak nie ma. W głębi po lewej stronie mała przybudówka stanowiąca łazienkę i WC. Warunki dość przyzwoite jak na dach. O niebo lepsze niż w Ammanie. Sucho, czysto, materace świeże, nie pobrudzone. Łazienka wyłożona płytkami, z sedesem, prysznicem, umywalką i lustrem. Rozkładamy więc nasze plecaki, wskakujemy pod odświeżający prysznic i schodzimy na dół. Tam zostajemy zaskoczeni nieziemsko. Na dużym prostokątnym stole porozkładano kilkanaście półmisków z jedzeniem. Okazuje się, że tradycją tego hotelu są kolacje organizowane w postaci „szwedzkiego stołu”. Za 3 Dinary (3,45 USD) wykupuje się talerz i można nałożyć sobie jedzenia do woli. Nie możemy przepuścić takiej okazji. Nakładamy sobie czubaty talerz różności, z których jesteśmy w stanie rozpoznać pochodzenie tylko kilku. Dodatkowo zakupujemy wielkiego Hainekena i rozkoszujemy się chwilą. Obserwujemy z góry wąskie uliczki, przejeżdżające od czasu do czasu samochody, czmychających ukradkiem przechodniów. Patrzymy na zalane światłem przeciwległe stoki, gdzie przycupnęły mniejsze i większe osady. Obserwujemy bezchmurne niebo rozjarzone tysiącami gwiazd. Dookoła nas tłumek międzynarodowych wagabundów, fajki wodne poustawiane tu i ówdzie, kolorowe arabskie narzuty i poduszki na kanapie. Piwko powoli spływa w dół do żołądka gasząc pragnienie. Lekki szum przyciszonych rozmów, w tle dyskretna muzyka pop z lat 80-tych dopełnia obrazu tej atmosfery. Po warunkach w Ammanie nie spodziewaliśmy się zastać tu rewelacji. A proszę, trafiliśmy do przybytku z duszą podróżnika i bliskowschodnim klimatem. Tego dnia już tylko wdrapaliśmy się na górę na dach, rozłożyliśmy prześcieradło i profilaktycznie śpiwór i zasnęliśmy jak zabici. harom 2004-09-24 03:33:15 skomentuj (0) W jaskini Indiany Jonesa Tej nocy po raz pierwszy zmarzliśmy. Były ku temu powody. Po pierwsze znajdujemy się kilkaset metrów nad poziom morza, gdzie na pewno noce są chłodniejsze niż niżej. Po drugie bezchmurne niebo powoduje, że ciepło nie jest powstrzymywane przed ucieczką w kosmos. Po trzecie obudziliśmy się tuż przed wschodem słońca i może dlatego zmarzliśmy. Gdyby udało nam się przespać wschód i wstalibyśmy trochę później nie odczulibyśmy takiego zimna. Niestety nie było szansy na pospanie. Na początku wybudził nas sąsiad, współspacz z dachu, tramp jako i my, który niemiłosiernie chrapał. Chwilę później odezwał się Muezin wzywając na modlitwy. Kropkę nad „i” postawił jakiś zabłąkany osioł, który zaczął się drzeć w niebogłosy. Jego wycie spotęgowane echem powstającym przez odbicie się głosu od górskich stoków trwało dobre 15 minut. Obudziłoby nawet zmarłego. Chcąc nie chcąc zwlekliśmy się z materacy. Bez pośpiechu robimy śniadanie a o nim delektujemy się poranną kawą. Mamy czas. Z hotelu punktualnie o 7.00 odjeżdża bezpłatny transport pod samo wejście do Petry. Kolejna przyjemna niespodzianka. Biały, klimatyzowany minibus dowozi nas prawie do bramy wejściowej w niecałe 10 minut. Mijamy wielki bilboard z podobiznami zmarłego króla Husajna i obecnie panującego jego syna Hassana, przechodzimy kilkadziesiąt metrów przez zadbany plac i docieramy do kasy. Od jakiegoś czasu wyraźnie dopisuje nam szczęście. Ceny biletów są obniżone o połowę w stosunku do tych, które podaje Lonley Planet. Można kupić bilet jednorazowy, na dwa lub na 3 dni. My wybieramy jednorazowy. Nawet jeśli nie uda nam się zobaczyć wszystkiego, to i tak nie wrócimy tu jutro. Za wejście płacimy 17 JD (19,55 USD) w proporcjach 10 DJ za mnie i 7 zniżkowy dla Uli. Przechodzimy przez kołowrotek w furcie i już jesteśmy w miejscu, które rozsławił film Indiana Jones. Z początku idziemy piaszczystą ścieżką wiodącą szeroką doliną. Tuż obok, po lewej stronie biegnie niewysoki murek oddzielający „autostradę dla osłów”. Co rusz to pomykają po niej biedne kłapouchy uginające się pod ciężarem potwornie spasionych Niemek. Nas również co chwile dopadają mali umorusani poganiacze oferując wycieczkę na grzbiecie osła. Można też spotkać wielbłądy oraz nieduże rydwany zaprzęgnięte w osiołki. Powoli na okalających skałach pojawiają się pierwsze rzeźby. Są to fragmenty portali czy „ramy” okienne. Wszystko ręcznie wydłubane w litej skale. Po kilkunastu minutach dochodzimy do wąwozu Siq. Wąwóz ten jest tworem geologicznym, który nie został wymyty przez wodę czy stworzony prze erozję eoliczną. Powstał miliony lat temu poprzez pęknięcie kurczącej się w wyniku stygnięcia skały. Miejscami ma tylko 3 metry szerokości i ponad 60 wysokości. Idąc tam mamy momentami klaustrofobiczne uczucie. Tym bardziej, że szczelina nie jest pionowa. Są miejsca, gdzie mamy nad głowami wielkie nawisy skalne, bo wąwóz wije się w poziomie niczym piskorz. Skały tworzą niepowtarzalną ferie barw i kształtów. Widzimy miejsca o kolorze piasku, są miejsca z czerwonymi skałami, są też brązowo-brunatne. Czasami kolory te mieszają się nawzajem jak ciasto w makutrze. Co rusz widzimy kilkunastoletniego chłopca zamiatającego z wąwozu zwierzęce odchody. Co jakiś czas również musimy przywrzeć płasko do ściany, bo w szaleńczym pędzie gna jakiś rydwan. Non stop oczywiście jesteśmy zaczepiani przez poganiaczy osłów. Wąwóz ma około 3 kilometrów długości. Dochodząc do końca wchodzimy do szerokiego na kilkadziesiąt metrów wąwozu, biegnącego pod kątem prostym do poprzedniego. Vis a vis wylotu wąwozu Siq naszym oczom ukazuje się najbardziej znana atrakcja Petry, „Skarbiec”. Skarbiec został spopularyzowany właśnie dzięki jednej z części przygód Indiany Jonesa. Na płaskiej jak blat, pionowej ścianie skalnej odcina się olbrzymia fasada wykuta w litej skale. Całość ma na oko około dwudziestu metrów wysokości i podzielona jest na dwie kondygnacje. Na parterze sześć kolumn, po trzy z każdej strony ogromnego wejścia. Cztery kolumny, po dwie z każdej strony, połączone są trójkątnym zwieńczeniem tworzącym coś na kształt portalu. Na kondygnacji powyżej po środku nad wejściem znajduje się owalna wieżyczka, której zwieńczenie przypominające koronę podparto na 2 dodatkowych kolumnach. Na szczycie umieszczono kulę, która jak legenda głosi została rozstrzelana podczas 2 wojny światowej, gdyż niemieccy żołnierze uwierzyli, że ukryty jest w niej skarb. Po lewej i prawej stronie drugiej kondygnacji umiejscowiono prostokątne wieżyczki również ze zwieńczeniami wspartymi na 2 kolumnach. Pomiędzy kolumnami płaskorzeźby z motywami ludzkimi. Całość wykuta w litej skale, z niesamowitą precyzją. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby któremuś z twórców omsknęło się dłuto. Po pól godzinie spędzonej na fotografowaniu i podziwianiu skarbca ruszamy dalej. Szeroki wąwóz prowadzi nas do następnej fasady wykutej w litej skale, Grobowca Faraona. Oczywiście nigdy żaden egipski faraon nie został tam pochowany, a nazwa przylgnęła ze względu na rozmiary rzeźby. Ta składa się akurat z jednej, ponad trzydziestometrowej kondygnacji. Po środku niewielkie, może 6 metrowe wejście otoczone ogromnymi i wysokimi kolumnami u góry połączonymi trójkątnym zwieńczeniem. Pstrykamy obowiązkowe fotki i ruszamy dalej. Po kilku minutach wychodzimy na bardziej otwartą przestrzeń. Po lewej stronie widzimy ruiny amfiteatru. Jego rozmiar, to mniej więcej 1/3 rozmiaru amfiteatru z Ammanu. Jest strasznie zniszczony. W stopniach jest mnóstwo ubytków, ledwo je widać. Niektóre porządnie zerodowały. Idziemy dalej, jak się okazuje korytem wyschniętej rzeki okresowej. Po naszej prawej stronie widać pięknie obrobione otoczaki. Mijamy rozłożone pod płóciennymi dachami na prędce sklecone kafejki z cenami istnie z kosmosu. Mniej więcej w odległości kilometra po prawej stronie widzimy wykute w skale kolejne fasady. Są bardzo zniszczone i zerodowane. Nie mniej jednak jest ich tyle, że przypominają niemalże uliczkę z jakiegoś małego miasteczka. Gdyby nie to, że reszta znajduje się w głębi skały wyglądałoby to jak stojące w rzędzie kamieniczki na starym mieście. Postanawiamy, że nie będziemy tam się wdrapywać, bo widok z tej perspektywy jest ciekawszy. Po przejściu kolejnych kilkuset metrów trafiamy na jedyne wolnostojące budowle w całej Petrze. Są to dwie świątynie, z których zachowały się fundamenty, podłoga i resztki kolumn do wysokości kilku metrów. W mniejszej ze świątyni jest jeszcze dobrze zachowana jedna ze ścian. Przy świątyniach naszedł nas dylemat co dalej. Mapa w przewodniku była schematyczna i w tym miejscu nakazywała gdzieś skręcić. Oczywiście żadnego oznakowania w terenie nie ma, bo po co ? W końcu turysta ma być sprytny więc po co rysować szlaki, czy stawiać strzałki co znajduje się w danym kierunku. Błądzimy więc po okolicy troszeczkę co raz orientując się, że trafiamy w ślepą drogę. Po kilku takich próbach odnajdujemy jednak właściwy kierunek. Trafiamy do małego muzeum. Zebrano w nim pod dachem niektóre eksponaty z tego wykutego w skale miasta. Widać jakieś kamienne noże, siekierki, małe detale architektoniczne, które pewnikiem turyści wynieśliby ze sobą. W muzeum jest też księga pamiątkowa, do której się wpisujemy. Kilka wpisów wcześniej widzimy notkę w języku polskim, czyli „nasi tu byli” J. Spacer po muzeum pozwala złapać trochę przyjemnego chłodu. Po wyjściu z muzeum zastanawiamy się nad dalszą marszrutą. Postanawiamy iść do „Monastyru”, najbardziej spektakularnej budowli w Petrze. Ale jak tam dotrzeć ? Albo jak nie zgubić obranej ścieżki ? Nasze obawy bardzo szybko się rozwiewają. Tu gdzie jesteśmy nie ma już nastoletnich chłopców z szufelkami sprzątających odchody osłów. To nam ratuje życie. Przez następne kilkadziesiąt minut kierujemy się zasadą „follow the shit”, czyli „podążaj za gównem”. Droga prowadzi ostro pod górę. Czasami ścieżka jest utwardzona, lub wykute są schody. Od czasu do czasu mijamy arabskie kobiety porozkładane pod prowizorycznymi płachtami płótna rozpiętymi na 4 kijach. Handlują lokalnymi pamiątkami, bransoletkami, kamieniami i … herbatą. Czasami widzimy jak niewielkie osiłki pracowicie wnoszą na górę dupska przetłuszczonych turystek. Kiedy mija nas kilka osiołków wygląda to jak przeprowadzka domu starców. Krajobrazy dookoła zapierają dech w piersiach. Szczególnie różnokolorowe fantazyjne kształty skał. Od czasu do czasu mijamy głębokie na kilkadziesiąt metrów prawie pionowe szczeliny skalne. Gdzie niegdzie widzimy arabskie dzieci ganiające się po półkach skalnych. Dla nas sama świadomość, że pod taką półką znajduje się kilkusetmetrowa przepaść mrozi krew w żyłach. Dzieciaki tu wychowywane śmigają po skałach boso zgrabnie jak kozice górskie. Podczas wędrówki pod górę daje się nam we znaki powoli słońce. Jest już coraz wyżej na horyzoncie, temperatura wyraźnie wzrosła. My mając już kilka godzin marszu w nogach i maszerując dość trudną trasą szybko opadamy z sił. Na szczęście docieramy w końcu na szczyt. Naszym oczom ukazuje się gigantyczna wykuta w skale budowla. Rozmiary przechodzą nasze najśmielsze oczekiwania i sprawiają, że warto było wspinać się tyle czasu w górę. Wczołguję się na „próg” wielkich drzwi. Znajduje się on mniej więcej na wysokości moich piersi. Siadam i proszę, żeby Ula zrobiła mi fotkę na tle olbrzymich wrót. Mają one około 4 metrów szerokości i 10 wysokości. Odchodzimy później kilkaset metrów dalej, by zrobić zdjęcia całości olbrzymiej jak katedra Notce Damm budowli. Drzwi sięgają tam mniej więcej do wysokości 2/3 pierwszej kondygnacji. Na górze, tak jak w „Skarbcu” znajdują się jeszcze wieżyczki. Różnica jest taka, że skarbiec wygląda jak płaskorzeźba, podczas gdy Monastyr ma górną kondygnacje w całości wyrzeźbioną. Po środku duża okrągła wieża z koroniastym zwieńczeniem i kulą ponad nim. Po bokach dwie prostokątne wieże, na których górze jest coś na kształt rogów trójkąta, którego trzeci wierzchołek wypadałby po środku kuli wieńczącej środkową wieżę. Dodatkowo na krawędziach tej kondygnacji są jeszcze dwie wąskie prostokątne baszty. Ogrom budowli jest powalający. Naprzeciw niej rozgościł się niewielki przybytek z napojami i chipsami. My myśleliśmy, ze na dole jest drogo, bo butelka wody mineralnej, która w sklepie kosztuje 250 flis kosztowała 1 Dinara. Tu na górze kosztuje 2 Dinary (2,30 USD). Nie przeszkadza nam to jednak usiąść w cieniu, popijać z butelki, którą przynieśliśmy ze sobą i podziwiać ogromny, majestatyczny „Monastyr”. W odległości kilkunastu minut spaceru od „Monastyru” znajduje się punkt widokowy. Idąc do niego obserwujemy skałę, w której wykuto tą budowle. To niewiarygodne, ale patrząc na zarys z tej perspektywy wydać, że musieli wybrać ponad 1/3 góry by skała sięgała do takiej wysokości, aby możliwe było wykucie elementów górnej kondygnacji. Jeśli dodamy, że Ci ludzie posługiwali się bardzo prostymi narzędziami i nie mieli żadnych zmechanizowanych urządzeń nasz szacunek dla ich pracy i dzieła, które stworzyli wzrasta jeszcze bardziej. Punkt widokowy, który znajduje się nieopodal usytuowany jest na skraju dużej przepaści. W dole rozciąga się dość duża i przestronna dolina. Wszystko dookoła w kolorze brunatnym. Nie widać ni kszty zieleni, żadnej roślinności, żadnego śladu życia. Krajobraz księżycowy. Brakuje jeszcze tylko kraterów po meteorach. Widok jednak ma coś w sobie. Może ogrom skał, może właśnie to, że są spieczone słońcem, nagie i dzikie, nie wiem. Na punkcie widokowym spotykamy parę staruszków ze Szkocji. Na oko mają około 70 lat. Podziwiamy ich upór i wysiłek w dotarciu tak wysoko w tym piekielnym upale. Nie wyglądają na takich, co wjechali tu na grzbiecie osiołka. I nie mam tu na myśli przysłowiowego już sknerstwa Szkotów. Zejście w dół zajmuje prawie tyle samo czasu, co wejście na górę do „Monastyru”. Dodatkowo schodząc używamy słabszych mięśni, przez co ból w nogach jest niemiłosierny. Dla nas cały czas negatywnym czynnikiem jest prażące słońce, przed którym nie ma za bardzo ucieczki. Skały, które powoli się od niego nagrzewają działają jak piec akumulacyjny. Jeśli w powietrzu mamy około 40 stopni, to w odległości 20 cm od skały pewnie ze 60. Odczuwamy to na własnej skórze nie tylko po nogach, ale również wtedy, kiedy przyjdzie nam się przecisnąć w pobliżu jakiegoś skalnego nawisu. Mimo upału w powietrzu wyraźnie czujemy bijące od skały ciepło. Czynnik psychologiczny robi swoje i droga w dół, mimo, że niecałe 10 minut krótsza niż wspinaczka, mija nam bardzo szybko. Siadamy na murku, w cieniu, jaki daje budynek muzeum. Wypijamy potężną dawkę wody. Jest nieprzyjemnie ciepła. Nie gasi pragnienia, ale przynajmniej w części uzupełnia ubytek płynów, jaki wypociliśmy do tej pory. Szybkie spojrzenie na przewodnik i ustalamy gdzie idziemy dalej. Ruszamy ścieżką prowadzącą za ruinami świątyni. Przechodzimy przez dużą otwartą przestrzeń. Tu można się poczuć jak na prawdziwej pustyni. Właściwie nie widzimy żadnej ścieżki, czy czegoś, co wyznaczałoby ramy wędrówki. Podążamy wcześniej sprawdzoną metodą „donkey crap navigation”, czyli orientacji w terenie opartej na występowaniu oślich ekskrementów. Cały czas w mniejszej lub dalszej perspektywie widzimy skały podziurawione dziesiątkami wykutych otworów. Część z nich ma już wykute ozdobne elewacje, większość jednak nadal nie wyszła poza stadium dziury w ścianie. Po pewnym czasie dochodzimy do tabliczki z napisem, że spacer poza ten punkt nie jest rzeczą bezpieczną i nie zaleca się tego robić bez przewodnika. Ignorujemy to ostrzeżenie i idziemy dalej. Po kolejnych kilku kwadransach spaceru przez pustkowia docieramy powoli do dość szerokiej doliny, otwartej w stronę, z której idziemy i zwężającej się ku końcowi. Dolina obfituje w rzeźby. Widzimy pięknie i pieczołowicie wykute framugi pojedynczych okien, jak również większe kompleksy płaskorzeźb. Przechodzimy koło „grobu rzymskich żołnierzy”, który jest miniaturową kopią wcześniej mijanych fasad. W pewnym momencie ścieżka, która jest naszkicowana na poglądowej mapce Petry w naszym przewodniku gwałtownie skręca w lewo. Budzi to nasz niepokój, bo dolina się coraz bardziej zwęża i nie widać by skręcała a wokół nas wyrosły już całkiem pokaźne skały. W tej chwili znajdujemy się jakby na dnie głębokiego na może 200 do 300 metrów kanionu. Nie tracimy jednak zimnej krwi i szukamy, w którą stronę prowadzą odchody osłów. Okazuje się, że w prawie pionowej skale wykuto wąskie kamienne schodki prowadzące w górę. Ula chyba mnie za to zabije. Ta droga miała być łatwiejsza i mniej stroma, a tu dokładnie stromiutkie jak na strych, wąskie schodki wykute w litej skale. Bez poręczy ani jakichkolwiek zabezpieczeń. Wdrapujemy się na górę. Po pokonaniu kilkuset schodków, na wysokości może 15 piętra, ścieżka wiedzie wzdłuż doliny wąską półką skalną. Po kilkuset metrach znowu wąskie schodki w górę. Już nie tak strome i nie tak liczne jak poprzednie, ale nadal budzące respekt. Dalej sytuacja powtarza się jeszcze kilkukrotnie. W pewnym momencie Ula już tak przywykła do tych kamiennych schodków, które momentami były ledwo co wykute, z wyślizganymi krawędziami i poobłamywane, że z rozpędu weszła prawie na pionową skałę. Kilkudziesięcioletnia arabska staruszka, sprzedająca nieopodal korale, bransoletki i inne pamiątki z wrażenia dostała takiego przyspieszenia, że biegnąc by wskazać nam drogę zapomniała podpierać się laską. Od tego miejsca wspinaczka nie jest już tak stroma, ale jednak ciągle idziemy pod górę. Od czasu do czasu Ula ściga się z jaszczurkami. Przeważnie kończy się to dezercja gada pod kamień, czy skalną szczelinę zanim dobiegną do wyimaginowanej mety. Po jakimś czasie docieramy do nawyzszego punktu na tej trasie. Rozlokował się tam mały kram z zimnymi napojami (skąd oni mają tu do diabła prąd do lodówek) i obowiązkowe przekupki z pamiątkami. Siadamy na chwilę wypijając do końca resztę wody, którą mieliśmy ze sobą. Od tego miejsca zaczynamy schodzić w dół. Szeroki żleb wije się to na lewo to na prawo. Przypomina mi to gigantyczną rynnę saneczkową czy tor bobslejowy pozawalany dużymi głazami czy formacjami skalnymi wielkości domu. Po drodze mijamy parę Polaków. Robią sobie zdjęcia wdrapawszy się na skalne zwałowisko. Nieodparte wrażenie, które mieliśmy od momentu wejścia na strome kamienne schodki po drugiej stronie tej góry teraz już jest prawie pewnością. Jesteśmy chyba jedynymi turystami, którzy idą tędy w dół. Po prostu pokonujemy tą trasę od końca i w stronę, która jest o wiele bardziej forsowna. Droga, którą teraz idziemy byłaby łagodnym podejściem. Nasze zmęczenie jest tak okrutne, że chyba zaraz zaczniemy W ofercie sklepu: materace , stelaże oraz poduszki.
Dobry serwis medyczny dostępny w polskim internecie
Nowoczesny piec grzewczy to piec zgazowujący drewno .
oryginalny pomysła na prezent dla dziewczyny
Catchfire Online
Mechanik: Prawo zemsty Online
Zatopić Niszczyciela Online
Znalazłem Cię
Saturno contro. Pod dobrą gwiazdą
Jak piją w Rosji Online

Recent Updates